Dwa tysiące kilometrów po Polsce. Zwiedzana powoli (tzn. do 130km/h) jest piękna…

Latem Pacyfka na Małej (Honda CBF250) i Shayba na Mariannie (Honda CB500) przejechali Polskę na ukos i wszystkie góry wzdłuż…

CZĘŚĆ TRZECIA (zobacz część pierwszą oraz część drugą)

Jest koniec czerwca, po przejechaniu ponad tysiąca kilometrów ze Szczecina w Bieszczady oraz kilkuset km wzdłuż kolejnych pasm Karpat, dotarliśmy do Tatr…

Rano opuszczamy cichutką, sympatyczną Willę Marysin w Bukowinie Tatrzańskiej. Droga 960. Z pobocza cudowny widok na Tatry. Za chwilę w nie wjedziemy. Czuję się jak pielgrzym do Częstochowy, który za chwilę ma przekroczyć próg klasztoru na Jasnej Górze. Najwyższe i najpiękniejsze Góry w Polsce, w których nie byłam tak dawno, a które kiedyś z plecakiem zlazłam wzdłuż i wszerz.*; w które jeździłam kilka razy w roku, mimo iż ze Szczecina była to kilkunastogodzinna podróż.

76-Male-Ciche-1090m-n-p-m-fot-Pacyfka

Jedziemy w stronę Łysej Polany, ale nie dojeżdżając do niej skręcamy na Małe Ciche. Szosą wijącą się wśród majestatycznych świerków docieramy na górną stację wyciągu. Najwyższy punkt całej naszej wyprawy – 1090 m n.p.m. Szczyty i doliny, jak twarze starych znajomych, którzy są mi tak drodzy, a których tak dawno nie widziałam. Koszysta, Wołoszyn, Opalone, Żółta Turnia, Kościelec…

Może to też są takie widoki, jak obrazy Mistrza Beksińskiego. Nie ma co ich opisywać słowami, bo góry są do oglądania – do oddychania ich powietrzem – do bycia w nich, podobnie jak muzyka do słuchania, a czekolada do jedzenia…

77-Ząb-widok-na-Tatry-Zachodnie

Walnięta przez autokar

Zjeżdżamy z Małego Cichego na szosę w kierunku Zakopanego, ale chcemy ominąć to wczasowo-komercyjne inferno i przebić na drugą stronę słynnej z korków Zakopianki, nie wjeżdżając na nią. Skręcamy więc na Toporową Cyrhlę i Murzasichle. Jedziemy powoli przez zurbanizowany teren pełen ludzi i aut. Na chodniku grupa młodzieży – hipiska w lennonkach na widok motocykli macha z radością, a gdy jej odmachaliśmy, cieszy się jeszcze bardziej. Obrzeża Poronina, skrzyżowanie, chcemy skręcić w lewo z podporządkowanej, ustawiamy się przy osi i czekamy. Z prawej nadjeżdża autokar pełen wycieczkowiczów i skręca w naszą drogę – widzę jego bok coraz bliżej, próbuję uciec ruszając tak bardzo w prawo jak pozwala na to geometria mojej maszyny, ale on „zachodzi” jeszcze bardziej. Shayba za mną widząc co tu się kroi, odwraca się i patrzy, czy kierowca autokaru patrzy w lusterko – ale skąd, wpycha się dalej, jego bok zaczyna trzeć po moim kufrze i w końcu przewraca Małą i mnie – klakson, to Shayba trąbi, ja próbując uciec nawet nie zdążyłam – matoł zatrzymuje się w końcu – cała ta sytuacja trwa może dwie sekundy. Shayba podbiega i pomaga mi podnieść konia, po czym wdaje się w niezbyt uprzejmą wymianę zdań z facetem, który ma w rękach życie sześćdziesięciu pasażerów, a nawet nie umie prowadzić pojazdu którym ich wiezie. Żenada. Idzie w zaparte twierdząc, że to nasza wina (niby jak??), a że szkoda nam czasu (skoro nie ma rannych, na policję czekalibyśmy pewnie ze trzy godziny), to pożegnawszy się przy pomocy słów które w druku się kropkuje, i on i my ruszamy w przeciwnych kierunkach.

Zakopianka – nie uciekniesz

Z jednej złej przygody od razu w drugą – kilkaset metrów dalej skrzyżowanie, na którym mieliśmy przeskoczyć Zakopiankę, jest rozkopane. Znaki kierują nas na objazd i zmuszają do jazdy na północ, wzdłuż głównej drogi. Próbujemy wydostać się małymi uliczkami, ale wszystkie kierują nas z powrotem na Zakopiankę. Mamy do wyboru korek w lewo lub korek w prawo, to skręcamy w prawo i po dłuższej chwili dojeżdżamy do miejsca w którym pierwotnie chcieliśmy się znaleźć. Most, szosa na wioskę Cipki, a potem w górę na Ząb. Wczasowiczoza kończy się, jak nożem uciął. W Zębie (1013 m npm.) zatrzymujemy się na spłachetku podjazdu jakiegoś domu (sam podjazd idzie w górę pod kątem 40st.), żeby popatrzeć na Tatry Zachodnie. Na nas natomiast patrzy krowa, stoicko żując trawę i od czasu do czasu mówiąc coś po swojemu.

79-Beskid-Slaski-widok-z-Koniakowa

Powoli przez wioski, wśród krytych gontem spadzistych dachów i ludzi w ludowych strojach idących na mszę; na ławce przed domem siedzi rodzina, machają nam, odpowiadamy tym samym gestem; na ich podwórku zaparkowany jakiś Junak czy WSKa może.  Wieś Czarny Dunajec, droga 957; kierunek Babia Góra w paśmie Beskidu Sądeckiego. Szczyt będący ponoć siedzibą czarownic i owinięty mgłami i chmurami chyba nie jest nam przychylny, bo od Zubrzycy zaczyna padać i pada coraz gęściej. Ale to nic, jedziemy po prostu dalej, tyle że wolniej i zakręty nie dają radości. Wspinamy się na przełęcz Krowiarki i jedziemy w dół, do Zawoi. Tam w Karczmie u Kuby coś ciepłego do picia. Kawa nic nie zmieniła – pada dalej :-) Chcemy zrobić skrót przez Strzyżawę, wplątujemy się w strome dróżki u stóp Babiej Góry. Wijemy się przez mgłę, wilgoć i zawieszone w powietrzu krople.

Mapa, która się nie rozładowuje i ciuchy, które nie przemakają

Brzegi mapnika w tankbagu nieco przemokły. Ostrożnie przekładam kartę mapy w moim ulubionym atlasie drogowym ze szczecińskiego wydawnictwa Kompas. Używam map z Kompasu właściwie od zawsze – najpierw jako nastolatka na autostopie, potem jako kierowca, i po dekadach doświadczeń z nimi mówię z ręką na sercu, że są rewelacyjne. Dokładne i aktualne, a nawet wybiegające w przyszłość (drogi w budowie z datą planowanego otwarcia), rozmaite przydatne szczegóły (lokalizacja stacji benzynowych, ciekawostki turystyczne, itd. itd. itd.), przejrzysty układ, mnóstwo dodatkowej treści, od tabeli odległości różnych miast i dopuszczalnych prędkości w różnych krajach, po deszyfrację tablic rejestracyjnych (bardzo przydane na autostopie!). (Ostatnio jechałam przez Niemcy na mapie renomowanego, międzynarodowego wydawnictwa, nie wytrzymuje porównania!) No i atlas tę zaletę w porównaniu do GPS że: działa nawet jak spadnie lub zamoknie, nigdy się nie rozładowuje, no i nie ma takiej sytuacji, żebym miała pretensję do Krzysztofa Hołowczyca, że wpuscił mnie w maliny.

Zawsze wiem, gdzie jestem.

80-Zajazd-w-Koniakowie

Mapa pokazuje, że przed nami miasteczko Żywiec, słynne na całą Polskę z, hm, wody zdrojowej gazowanej. Podobno ma uroczy rynek. Mamy do niego jeszcze paręnaście kilometrów, ale jest on w tej chwili naszym celem, takim punktem nadziei: dojedziemy tam, zatrzymamy się na chwilę, ściągniemy ciężkie ciuchy, zjemy coś dobrego w suchym i ciepłym miejscu. Na razie musimy przebić się przez jakiś remont, ruch wahadłowy, żwir na zrytym asfalcie, ale nasza przystankowa przystań coraz bliżej. Przestało padać, ale szosa nadal mokra; trzeba bardzo uważać na siebie i innych. Oddaję hołd moim ciuchom z Modeki - tekstylny komplet Kim Lady. Mam je szósty sezon i mimo upływu czasu nadal są niezawodne. Kilka godzin jazdy w deszczu, a ja jestem sucha jak gardło świadka pana młodego nazajutrz po weselu. W tej trasie jesteśmy zaledwie tydzień, a już mieliśmy wiosnę, lato (30st.) i deszczową jesień (13st.) – dzięki temu że membrana i ocieplenie są odpinane, mogłam sobie ubrania dostosować do każdych warunków i nigdy nie było ani za ciepło, ani za zimno.

No i jest w końcu ten Żywiec. Od tablicy z nazwą do zabytkowego centrum jest jeszcze kawał drogi wokół jeziora; w innych warunkach aury i kondycji pewnie cieszylibyśmy się widokiem, ale teraz myślimy już tylko o tym by zsiąść, przesuszyć się trochę i zjeść. Ostatnia uliczka przed rynkiem, wielki autokar kompletnie ją zastawia. Wyłazi zeń stado młodzieży, ichni kapral ustawia ją w dwuszeregu, w lewo zwrot, naprzód marsz. Nie mogąc wymanewrować w żaden sposób, pchamy maszyny przez chodnik na zgaszonych silnikach i stawiamy je na owym rynku. Niestety młodzież ustawia się w kółku i raczy całą okolicę śpiewami na temat swego dawno zmarłego idola. Podchodzimy po kolei do lokali, ale w tym jedynym, w którym jest jakaś opcja dla wegetarian, kelner patrzy na nas i nasze ciuchy takim wzrokiem, jak byśmy byli ubrani w zdechłe żaby. Szczególnie że nawet za drzwiami knajpy słychać owe oszołomskie zawodzenia. Mieliśmy w tym Żywcu zjeść, wyschnąć, odpocząć, ale już się nie chce. Nie chce się Ż.

Głodni i zmęczeni, wczłapujemy się z powrotem na konie i próbujemy się jak najszybciej z tego miejsca wyplątać. Jeszcze kilka złych sytuacji drogowych i jedna dobra. Niezawaloną ludźmi pizzerię znajdujemy dopiero 17 km dalej, w Milówce.

Zakręty!!!

Wjazd na S69. Naszym oczom ukazuje się wielki, przepiękny most nad Sołą. Najpierw przejeżdżamy pod nim, a potem wjeżdżamy na niego. Widok i zmiany perspektywy są ekstatyczne.

81-Szczyrk-Willa-Wenta

Parę kilometrów dalej, wjeżdżamy w Beskid Śląski. DW 943 w stronę Koniakowa, jest coraz piękniej. Droga wspina się bardzo mocno w górę, na grzbiet z którego otwierają się przestrzenne widoki w obie strony, a nie jak zazwyczaj w jedną. Przeogromna otchłań doliny, całej w zielonych szachownicach pól i domkach z czerwonymi dachami, a za nią kolejne pasma górskie. Niestety nawierzchnia jest w fatalnym stanie. Zatrzymujemy się na parkingu wielkiego zajazdu, z którego drugiej strony jest wspaniała panorama. W tym miejscu zaczyna się też wejście na punkt widokowy wznoszący się bezpośrednio nad nami, ale tam by trzeba iść z buta, a nam się już nie chce. Ruszamy dalej rozglądając się za jakąś metą. Koniaków i Istebna są bardzo ładne, ale jakoś żadne miejsce nas nie przyciągnęło. DW 941 ma już super asfalt. Naraz zaczyna się wznosić i zwijać w zakręty, coraz wspanialsze. To jest jak jakaś symfonia, kilkanaście kilometrów na haju. Tak cudownie że nawet nie chcemy się zatrzymywać na parkingach żeby popatrzeć na widoki. Na obrzeżach miasta Wisła skręcamy na 942 na Szczyrk, znów wjeżdzamy w las i tam jest znów tak samo bosko. Zakręty, zakręty, zakręty. Obłędne. Dla takich chwil się żyje. One wynagradzają wszystko, te kilometry w deszczu, ten Żywiec z jego kelnerami i ewangelizatorami, miesiące oszczędzania i rok czekania na wakacje.

Wyczuć motocyklistę na odległość

Za tablicą „Szczyrk” niestety asfalt się psuje, chociaż zakręty nadal są świetne, wokół las i Szczyrku nie widać jeszcze przez kilka dobrych kilometrów. Pierwszy hotel na wjeździe jest cały zajęty. Naprzeciwko niego trzypiętrowy dom ze spadzistym dachem, „Willa Wenta”, to podjeżdżamy tam. Młody właściciel wychodzi nam na spotkanie, ale nie, nie ma wolnych pokoi. „Mam koleżankę która mniej się ogłasza, dam wam numer, może będzie miała miejsce”. Grzebie w telefonie, a wyczuwam że chyba jednak da się tu zarzucić kotwicę. A byłoby super – miejsce ma fantastyczny klimat. Gospodarz przekopuje się przez telefon i usprawiedliwiająco mówi, że nie dowieźli mu pościeli z prania i dlatego pokoje ma niegotowe. Gotchya! – „Ale to nic nie szkodzi, mamy swoje śpiwory, jesteśmy brudnymi motocyklistami ze smarem na rękach, niepotrzebne nam wygody, ważne by motocykle były bezpieczne, a nam nie padało na głowę”. Chłopak patrzy mi w oczy z niepewnością, a ja mówię – mamy w tyłkach ponad dwieście km, pół dnia jechaliśmy w deszczu, nie mamy już siły dalej szukać :-)

„Oki to dajcie mi 15 minut, dobrze? Coś ogarnę.” – siadamy sobie na ławce. Jesteśmy zmęczeni i zmięci, ale jest super.

Po kwadransie gospodarz wraca z kluczem do pokoju, i wskazuje nam podwórko za domem, gdzie po rozkulbaczeniu wierzchowców odprowadzamy je na noc. – Ja też miałem Horneta, ale teraz dziecko mi się urodziło – mówi nasz gospodarz. No tak, to już wszystko rozumiem. Opowiada o maszynach swoich i nieswoich, które ujeżdżał na tych obłędnych zakrętach tuż obok. „Wyremontowali tamten odcinek w zeszłym roku, a ten ostatni będą robić niedługo. Na tych zakrętach tutaj latem, to same motocykle, rzadko trafia się jakiś samochód”.

83-Cieszyn-rynek-fot-Pacyfka

Pensjonat jest cudnie urządzony, z mnóstwem uroczych dupereli porozstawianych na parapetach i stolikach. Pokój, za w sumie nieduże pieniądze, jest przewypaśny, jak na jakąś noc poślubną co najmniej, a nie na nocny przystanek dwójki brudnych motocyklistów. Z wielkiego balkonu patrzymy jak zapada zmrok. Ależ tu dobrze.

Na liczniku dziennym: 229 km

Cieszyć się Cieszynem

Rano opuszczamy gościnną Willę Wenta. Gospodarz-motocyklista żegna nas – „zapraszamy na dłużej”. – Na pewno wrócimy tu kiedyś. Jedziemy tą samą drogą, co wczoraj, tylko w drugą stronę – znów te orgazmiczne zakręty. Przejeżdżamy Wisłę, miasto Małysza, i gminnymi bocznymi drogami dostajemy się do Cieszyna. Jest to dwunarodowe miasto na granicy polsko-czeskiej. Rynek, „Cafe Arkady”, pyszne słodkości. Atmosfera otwartości i przyjaźni ponad podziałami unosi się między ślicznymi kamieniczkami i latarniami ustrojonymi w kwiaty. Koniecznie trzeba tu wrócić na cały weekend, żeby się nacieszyć Cieszynem, obejrzeć go sobie dokładnie, po obu stronach granicy, która tutaj rzeczywiście łączy, na nie dzieli.

Most na Olzie, wjeżdżamy do czeskiej części miasta (Český Těšín). Droga 67 wzdłuż doliny rzeki i granicy. Przejście graniczne w Chałupkach, jesteśmy znów w Polsce.

85-Cieszyn-fot-Pacyfka

Not to make a good time, but to have good time

Plan był taki, by przejechać wszystkie góry, wzdłuż całej południowej granicy. Skończyły nam się właśnie Karpaty, przed nami Sudety, ale kończy się urlop. Zgodnie z tym, co mówią mądrzy Japończycy, „jak nie masz czasu, zjedz mniej, a nie szybciej”,  postanawiamy, że Sudety przejedziemy następnym razem. Kierunek północ, góry za plecami. Tankujemy na małej niesieciowej stacji, pełnej spokoju i słońca. Uśmiech pani na kasie, uśmiech chłopaka, który zatankował auto, pijemy spokojnie kawę, Shayba pali szluga. Ludzie się tu nie spieszą, więc mają czas uśmiechać się do przyjezdnych.

Za Raciborzem droga 417 wije się przez falisty krajobraz. Kompletne odludzie, wielkie niebo. Po lewej wznoszą się Sudety. Widzimy z daleka że szachownicę pól przecina pasmo drzew wzdłuż głównej drogi, która wkrótce krzyżuje się z naszą, pośrodku niczego. Niby nic tu nie ma, ale jesteśmy my, są nasze Hondy, jest asfalt, jest słońce, jest czas i jest lato – więc jest wszystko, co nam potrzebne do szczęścia.

89-DW-417-krzyzuje-sie-z-DK86

Parędziesiąt kilometrów przez DK 40, 41, 46, męczące przebijanie się przez Nysę, ale zaraz za nią uciekamy na świetną DW 401. Jest pusta i znów jedziemy przez zadupia. Zatrzymujemy się by popatrzeć w tył, na Sudety, Kotlinę Kłodzką, które będą na nas czekać, zabieramy ten obraz ze sobą, żeby przez ten kolejny rok dawał nam siłę.

Na drodze 401 przemiłe Bistro 401. Wielki parking, zatrzymują się tu kierowcy tirów.

Czajownia, czakram Wrocławia

Dojeżdżamy do Wrocławia i jako pierwszy przystanek chcemy odwiedzić naszą ukochaną Czajownię na Białoskórniczej. Trudno się przebić przez centrum pozmieniane przez remonty dróg, które wyprowadzają nas gdzieś na manowce, plączemy się w jednokierunkowych, w końcu utykamy w jakimś ślepym zaułku. W półtorametrowym przesmyku między domami widzimy arterię Kazimierza Wielkiego i Czajownię naprzeciw, ale tu zakaz wjazdu, droga tylko dla pieszych, i jeszcze tubylcy tu stoją, pewnie się by wkurzyli… – Jedźcie, zmieścicie się – mówią do nas dobrzy ludzie, widząc jak patrzę bezradnie. Tak też robimy, dwupasmówka, zawracamy na niej i w końcu jesteśmy w cichym, spokojnym, pełnym miodowego światła i cudownych aromatów wnętrzu Czajowni, która serwuje kilkaset rodzajów herbat.

96-Wroclaw-Czajownia-fot-Pacyfka

Zawsze gdy mogę, odwiedzam to miejsce – taki tu spokój. Mimo że nie piję w ogóle herbaty.

Potem jeszcze tylko kawałeczek na Psiaka w kochające ramiona przyjaciół. Na liczniku 286 km.

Od wyjazdu z domu 2044km. KONIEC TRASY

(*) Napisałam wtedy kilka opowiadań o tych wędrówkach i przewodnik po słowackiej stronie, które dałam do neta. Parę miesięcy temu na fb nieznajomy zapytał mnie, czy to ja jestem autorką tamtych textów. Okazało się, że w owej przedspołecznościowej epoce trafił na opowiadania i były tak sugestywne, że postanowił wybrać się w Tatry, z wydrukowanymi trasami z mojego przewodnika. Od tej pory jeżdzi tam co roku, on i jego dorosłe dzieci. Przypomniało mi to prawdę, „be strong; you never know who you are inspiring…”

99-Wroclaw-Czajownia-koniec-trasy