Sceptycy przestrzegali, że wspólny wyjazd czytelników i ekipy „MotoRmanii” to tykająca bomba. Mówiło się, że nie wrócą cali. Przepowiadano, że motocykle zostaną rozbite, pogoda będzie w kratkę, a kontakty z policją tak intensywne, że Zapatero wprowadzi na posterunki obowiązek rozmówek polsko-hiszpańskich. I co? Okazało się, że sceptycy mieli rację…

Nikt do końca nie wie, dlaczego lądowaliśmy w Alicante, a nie w Maladze. Odpowiedź na to pytanie tkwi gdzieś w zakamarkach umysłu tak zwanego redaktora naczelnego, który z jakiegoś powodu uznał, że pokonanie blisko 500 km zaraz po wylądowaniu w Hiszpanii będzie wspaniałym urozmaiceniem wypadu. I było. Tylko określenie „wspaniały” jest tutaj, co najmniej wątpliwe. Po drodze zaczęło tak padać, że straciliśmy jednego człowieka, który jadąc w dżinsach został pokonany przez zimno i wodę. Zatrzymał się w przydrożnym hotelu. Drugi dzień rozpoczął się pełną poświęcenia postawą Simpsona, który postanowił pokazać „MotoRmaniakom” jak nie należy wchodzić w zakręt. Wzruszeni uczestnicy wyprawy ze łzami w oczach żegnali hiszpańską karetkę, zabierającą dzielnego junaka do szpitala w Marbelli, z odnowionym złamaniem, wcześniej złamanej nogi. Tego samego dnia wieczorem dołączyli do nas bracia Słowacy w liczbie dwóch (jeden mieszka w Polsce i czyta „MotoRmanię”). Wyciągnęli śliwowicę i nauczyli nas piosenki, która stała się hymnem tego wyjazdu : „Musíme zajet na chatu/ musím se podívat na tatu…”. Słowacy rozkręcali imprezę. Reszta jest historią. Kto chce, może ją częściowo odtworzyć czytając wspomnienia tych, którzy przeżyli, i szczęśliwie powrócili do domu…

Bartek Kamejsza
130km. W moim Triumphie odkręciła sie nóżka – Street zwykle nie wyjeżdża poza miasto. Koledzy na Yamaszkach, Suzi i Hondach od razu pytają, czy w ogóle mi rano odpala, co już było wymieniane, czy dużo kluczy ze sobą wożę. Żadnych nie wożę – z pomocą przychodzi zawartość schowka Gladiusa. Jedziemy dalej. 200km zaczyna lać. 210km teraz naprawdę zaczyna lać. 220km zwalniamy do czterdziestki, szybciej w takim deszczu nic nie widać. Zaciskam zęby. 230km warunki pozwalają wrócić do prędkości przelotowej (tylko czy nadal mam stopkę?). Jest mi zimno, czy to na pewno Hiszpania? 250km- wymiękam! Dosłownie. Brak mi już sił na dalsze zaciskanie zębów. 300km. Jest 23:00, widzę hotel, zjeżdżamy, po chwili negocjacji cena staje na 20 euro. Chętnych brak, zostaję sam. W środku miło, młodszy brat Javiera, Bardem częstuje mnie kanapkami. Moja ważąca w tej chwili z 15 kilo kurtka ląduje na kominku. Odkrywam, że w pokoju nie ma kołdry. Za to mam zapas prześcieradeł. Po chwili namysłu z okna ściągam zasłonkę. Nie jest źle. Rano, w szafie odkrywam dwa koce (to jeszcze nie dowód, że w nocy też tam były… ). Dzwonię do Pejsera, jeszcze śpią, ale dojechali cali i zdrowi. Pierwsze spotkanie dopiero o 14:00, uff. 305km. Tylko zdążyłem odkręcić, a kawałek na południe widać ośnieżone stoki. Śnieg wiele wyjaśnia. 450km. Widać wybrzeże, jestem blisko. Pięknie tu. 490km. Hotel, wszyscy gotowi, wyruszamy w kierunku Rondy, nareszcie.

Tomek Oktaba
Wyjazd do Malagi to test dla prawdziwych motocyklistów, którym niestraszne długie przebywanie w siodle , przelotne deszcze czy nadmorskie wiatry. „Czy to deszcz, czy słoneczna pogoda wszędzie słychać zadowolenia krzyk. To bikerzy, szarości osłoda, górskie winkle opanowują w mig.”
Pić ze świętego Grala motocyklistów – czyli kosztować górskich tras wokół Rondy w przyjacielskiej atmosferze to niezapomniana uczta. Pejser z ekipą „Motormanii”, oraz nowi koledzy odcisnęli niezapomniany ślad w moim życiu. Polecam wszystkim takie wyjazdy gdzie ciepło, słonecznie, a połączenie gór i morza kumuluje to, co najlepsze. Liczę na powtórkę.

Piotrek Bilczewski
Ola Motormaniacy. Od lat jeżdżę motorkami i myślałem , że wiem już dużo o technice jazdy, zachowaniu na drodze i ogólnie o zap…dalaniu. Trasa San Pedro – Ronda powaliła mnie na kolana. Chciałem rozbić namiot na parkingu i tam zamieszkać. Kilometry zakrętów, doskonały, przyczepny asfalt – po prostu jak na torze – w domu tego nie ma. Środa i czwartek dały mi taką adrenalinę, że wystarczy chyba do wiosny (oby szybko przyszła). Ten wyjazd obnażył wszystkie błędy, jakie popełniałem przez te lata i dał mi możliwość zebrania doświadczeń niedostępnych na polskich drogach. Powiem tak, 10 minut pogoni za Pejserem po drodze do Rondy oraz jego porady na temat „jak zap „, to znaczy jeździć szybko, dały mi więcej niż ostatnie 17 sezonów jazdy na moto. Teraz mój 420 kg zestaw (B-KING +ja) będzie jeździł szybciej, pewniej i bezpieczniej. Pozdrowienia dla całego turnusu (Simpson zrastaj się szybko). Ja chcę jeszcze raaazzz.

Artur Czyżykowski
W kilku zdaniach nie sposób opisać tego wyjazdu, mieliśmy masę atrakcji. Sama idea, termin i towarzystwo uważam za doskonałe. Pejser ze wrodzoną sobie skromnością obnażał wszystkie nasze błędy w jeździe motocyklem. Simpson ze względu na swoją niedyspozycję wspierał nas duchowo, my jego również. Darek niczym łowca łapał każde nasze „kolano” te udane i te …. słabe. Wieczory spędzane razem, w grupie dawały możliwość obejrzenia zdjęć i filmów jak również „głęboką” analizę naszych dokonań. Długo nam się z tym schodziło… Hiszpania, a w szczególności okolice Malagi, mają fenomenalne asfalty. Wyjazd superudany – zamawiam stałą rezerwację. Znajomym mówię, że byłem na moto w Hiszpanii. Robią wielkie oczy. Jak to? 3500 km? Listopad? Moją tajemnicą pozostaje, że mieliśmy jeszcze sprzymierzeńca – Łukasza, kierowcę TIRa. Przywiózł „sztuki” do Alicante a po tygodniu zabrał do domu. My lecieliśmy samolotem.

Remigiusz Zieliński
Wyjazd do Malagi z „MotoRmanią” to wielki test!
Test, czy dotrzymam kroku prowadzącemu w deszczu po autostradzie z prędkością przelotową na poziomie ok. 130 km/h i stwierdzającemu na pierwszym krótkim postoju: jak widzę deszcz, to odkręcam. Test, czy nie zaliczę dzwona w górach na zakrętach po tym jak w pierwszy dzień Simpson kładzie moto, waląc baniakiem w barierkę ochronną, a następnie pokazuje wszystkim swoją gołą nuzię wygiętą jakoś tak na kształt Rogala Świętomarcińskiego. Test, czy wytrzymam kolejne wieczorne szkolenie dotyczące stosowania ilości i jakości paliw dla motocyklistów, zagrożenia powstałe na skutek ich mieszania dla centrali sterującej, tzn. wprowadzenie w stan niekontrolowanego poślizgu, wystąpienie samoistnego zapłonu jednostki i oderwania się motocyklisty od ,,stada” braci motocyklowej (nie wiem o co Ci chodzi Remigiusz, ale pamiętaj, że Cię wspieramy – przyp. Pejser). Test, czy można odmówić następnego wyjazdu z MotoRmanią na kolejne szkolenia i jak to ewentualnie przeżyć!

Jaroslav Ozaniak
„Nasadím staré teplaky/ všecko co umím je od taty / musíme zajet na chatu / za mojim tatu”…
Zaliczyłem niepowtarzalny wypad w listopadzie, kiedy pozornie można by się było szykować do zimowego snu i o jeździe na motocyklu można zapomnieć. Tam nawet autostrada nie jest prosta. Rozkoszując się niepowtarzalną jazdą można było szlifować pozycję i zdobyte umiejętności na kilkudziesięciu kilometrowych odcinkach górskich, gdzie nie istnieje odcinek prosty. Co ważniejsze, z grupą, z którą mógłbym koszulki zmieniać, i konie kraść. Na swoim motocyklu, a nie skuterze z wypożyczalni, nabiłem kolejnych 1800km pod nadzorem speca od zakrętów, i jego cennych uwag. Delektując się oprócz wspanialej jazdy kuchnią morską, hiszpańską, włoską, angielską, zwykłym ryżem, kąpielą w Atlantyku, kafejkami na plaży- organizatorom dziękuję, i wpłacam zaliczkę na kolejny wyjazd.

Peter Blicki
Viete čo robí motorkár v čase keď vonku padá sneh a zamŕza pivo v pohári? No predsa jazdí na ostrých zákrutách v slnečnej Malage. Fantastické miesto na ukončenie motorkárskej sezóny, akeď sa k tomu ešte pridá skvelá partia poľských a slovenských motorkárov a k tomu litre slivovice, o policajtov a zábavu je vždy postarané. Škoda, že takéto perfektné akcie sú ako sex, je super ale trvá veľmi krátko. No nič, ale zato každý z nás sa zlepšil v jazde, a ešte si odnáša krásne zážitky a spoznal nových priateľov. Na záver neostáva nič iné, len poďakovať vynikajúcim organizátorom za ich skvelý nápad a tešiť sa na ďalšie podobné výjazdy.

Ryszard Warzocha
Dojechałem do Alicante dopiero późno w nocy środę. Już od poniedziałku skręcało mnie z zazdrości, że ja musze siedzieć w robocie, a oni tam już jeżdżą. Zwłaszcza, ze prognozy pogody, jakie widziałem pokazywały słoneczko i ponad 20 stopni ciepła (he, he , w rzeczywistości zlało ich niemiłosiernie ). Odebrałem motor z parkingu w Alicante i ruszyłem w pościg do Malagi. To był piękny dzień – słońce, pusta autostrada po horyzont, błękitne niebo i ośnieżone szczyty Sierra Nevada w okolicach Granady – bajkowe widoki. Na miejscu byłem po 4,5 godzinach. Polskiej ekipy nie można było nie rozpoznać w hotelu- wyróżniali się z tłumu Angoli wszystkim, a zwłaszcza dobrym humorem popartym słowacką śliwowicą (pycha). Wieczór był trudny, a poranek powitał nas chmurami i zapowiedzią deszczu – stąd propozycja Maroko lub Gibraltar. Chwila namysłu i jedyna racjonalna decyzja: na Maroko trzeba wstać wcześnie, co mogło nastręczać pewne trudności, zatem… Gibraltar, a na deser wykąpiemy się w Atlantyku! Za wszystko możesz zapłacić kartą, ale widok Afryki na horyzoncie i miny okutanych Hiszpanów na plaży w Tarifffa, kiedy wskoczyliśmy do wody – bezcenne! No i Kawałek Wielkiej Brytanii w Hiszpani, i kolejka co najmniej 500 skuterów przy wyjeździe z Gibraltaru – niezłe! I znowu trudny wieczór w hotelu, i stawienie czoła grupie angielek świętujących wieczór panieński… A rano deszcz. Czyżbyśmy mieli dziś nic nie jedźić? Na szczęście pojawił się Piotr jako jedyny żywy i we dwójkę postanowiliśmy pojechać do Rondy. Jedno co pamiętam z tej jazdy to to, że jeśli ubrałbym się w ciuchy motocyklowe i wskoczył pod prysznic to efekt byłby ten sam. Skończyło się wszystkimi łachami rozwieszonymi nad kuchenką w hotelu i słowacką śliwowicą na rozgrzewkę wieczorem z dodatkiem angielek (tych samych co wczoraj). Droga powrotna przebiegła spokojnie i nawet nie tak mokro. Piękne widoki z autostrady nad morzem i grupa 15 motocykli walących autostradą. Super, choć tempo raczej spacerowe. Jeszcze tylko ładowanie motorków, i ostatnia, „ratunkowa” butelka słowackiej śliwowicy, którą Jaro wyciągnął z ciężarówki. Było pięknie, a do otwarcia sezonu na Sycylii już tylko 2 miesiące.

Wojtek Matuszny
Wyjazd z ekipą okazał się najlepszą motocyklową przygodą, w jakiej do tej pory brałem udział. Organizacja pierwsza klasa, po kilku chwilach od wyjścia z samolotu wypakowywaliśmy nasze zabawki z czarnej naczepy Motormanii. Patrząc na wypakowany sprzęt nie mogłem się doczekać, aż w końcu padnie komenda RUSZAMY!!!! W końcu padła…. Droga do Malagi była tylko wstępem do wrażeń jakie nas później czekały (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, dla niewtajemniczonych powiem tylko, że pierwsze 530 km pokonaliśmy nocą praktycznie cały czas w deszczu. Nawet TIRY zatrzymywały się na poboczu ale napalonych na jazdę kolesi nic nie było w stanie powstrzymać. Dotarliśmy ok 2 nad ranem). Kolejnego dnia przewodnik Pejser prowadził nas spokojnie do Ziemi Obiecanej…. Ruszyliśmy żeby w końcu dotrzeć do RAJU!!! Trzeba było widzieć nasze miny po przejechaniu kilku kilometrów w górę… Cała trasa to kilkaset, albo nawet i więcej, zakrętów na odcinku ok 50 km …. Tego nie da się opisać, trzeba tam być i przejechać ją przynajmniej raz (nawet film, w którym „naczelny” próbuje dogonić grupę nie oddaje w połowie wrażeń jakie nam towarzyszyły). W sumie mógłbym zakończyć relację z wyprawy pisząc tylko i wyłącznie o drodze do Rondy, na której niektórzy z nas spędzili 3 dni, ale nie sposób nie wspomnieć o wycieczce na Gibraltar (część z grupy dojechała nawet do Maroka). Kąpiel w lodowatym Atlantyku, fale, plaża…. no i korek składający się z ponad 1000 skuterów, którego nie powstydziliby się nawet w Bangkoku… Jednak wyjazd nie składał się tylko i wyłącznie z jeżdżenia. Autor powiedzenia „Polak, Węgier dwa bratanki” nie miał chyba przyjemności spędzić czasu ze Słowakami. Od dzisiaj powinno zostać ono zamienione na „Polak, Słowak dwa bratanki i na motor i do szklanki” Atmosfera jaka towarzyszyła nam przez cały wyjazd była po prostu BOMBOWA. Niektórzy bawili się szybciej inni wolniej, niektórzy wychodzili z knajpy o własnych nogach, innym ktoś pomagał pokonać dystans 5 schodów w dół w powietrzu… Chłopaki jeszcze raz dziękuję za PRZYGODĘ. Z Wami na koniec świata, a na pewno do Malagi. Nie mogę doczekać się już kolejnego wyjazdu.

Łukasz Szymański
Zakładam, że wszyscy zachwalają wyjazd, więc ja skupię się na minusach. Po pierwsze, trasa to był w zasadzie jeden wielki zakręt – można nawet powiedzieć, że cały czas jeździliśmy po Rondzie. To w Polsce rond nie ma? Po drugie, ekipa była na tyle zgrana (niestety przedarł się plus), że człowiek siedział po nocach i nie miał się jak wyspać. Pytam się, to ma być wypoczynek? Bracia Słowacy częstowali trunkami tak zacnymi, że nie chce się teraz pić niczego innego, a ich piosenka siedzi mi w głowie i nie daje żyć… Eh, i jak tu teraz doczekać wiosny….