Zastanawiacie się, czy warto odwiedzić tor? Nie jesteście pewni, czy chcecie się ścigać, czy po prostu trenować szybką jazdę? A może macie nieśmiałe marzenie stworzenia własnego zespołu? Zobaczcie, jak to zrobiła ekipa kilku kolegów z Sandomierza!

Informacja prasowa

Zakończył się sezon wyścigowy, więc chyba nadszedł dobry moment na podsumowanie i zebranie w jedną całość tego wszystkiego, co wydarzyło się w minionych miesiącach… Przy okazji mamy nadzieję, że dostarczymy Wam jeszcze jeden materiał do poczytania na chłodne jesienno/zimowe wieczory z MotoRmanią. Ale zacznijmy od początku…

Szalony pomysł tworzenia PRT zrodził się w połowie ubiegłego sezonu. Oczywiście wcześniej wydarzyło się wiele historii, które pewnie dzieją się w każdym zakątku świata. Na początku niezrozumiałe drżenie rąk na widok jednośladu, potem pierwsze przygody z motorowerami, pierwszy motocykl jakiegoś wujka, dziadka, czy starszego kolegi. Wielu z nas miało jakiegoś mentora, który wprowadzał w ten świat o zapachu benzyny. Czas mijał, a z nim rozwijało się coś, co jedni nazywają pasją, inni szaleństwem. Do tego jak oliwę do ognia dodajmy czytane z wypiekami na twarzy wywiady z Januszem Oskaldowiczem, Tomaszem Kędziorem, czy Pawłem Szkopkiem… Wtedy często większe wrażenie niż Mistrzostwa Świata robiły na nas zdjęcia polskiego teamu z wyścigów długodystansowych. To był również taki pierwszy, jeszcze niejasny sygnał, że w naszym kraju też można się ścigać, też można mierzyć wysoko…

Jak wszędzie, tak i w naszych rodzinnych stronach spontanicznie powstała grupa ludzi o podobnych poglądach, skłonna do wielogodzinnych dyskusji, lub czytania po raz pięćdziesiąty tej samej gazety. Z biegiem czasu grupa się rozrastała, pojawiały się też coraz mocniejsze maszyny. Niestety nie zawsze wraz z mocą w parze szedł zdrowy rozsądek i niektóre z wyjazdów dalekie były od bezpiecznej turystyki motocyklowej…

W tak zwanym międzyczasie, Krystian dwa razy zaatakował Tor w Poznaniu. W tamtym czasie braki w technice połączone z nieprzygotowanym motocyklem oczywiście zakończyły się dzwonem. Jeżeli dodamy jeszcze odległość między Sandomierzem, a Poznaniem, otrzymamy mocno zniechęcającą mieszankę, co nie znaczy, że myśl o powrocie do Poznania nie kołatała w głowie.

Kolejny impuls znalazł się zupełnie przypadkiem – był to chyba koniec sezonu 2008 – dwóch asów z naszej ekipy wybrało się na tor kartingowy w Biłgoraju i choć nie od razu, to jednak sukcesywnie przenieśliśmy się tam wszyscy. Później bardziej doświadczona część grupy organizowała wypady na inne tory kartingowe – Lublin i Radom. Okazało się, iż te niedoceniane, małe obiekty o długości około jednego kilometra, to rewelacyjna, bezpieczna szkoła jazdy i co najważniejsze dająca podstawy do dalszej nauki na dużym obiekcie, np. w Poznaniu…

Tak zaczyna się druga część historii, czyli zbliżamy się do pytania: ścigamy się, czy kończymy na Speed Day’u dwa razy w roku? W lipcu 2011 po udziale i wygranej Krystiana w jednej z rund Pucharu Lubelszczyzny długo rozmawiamy i zapada decyzja. Tworzymy zespół wyścigowy, czyli tłumacząc na język ojczysty, „porywamy się z motyką na słońce”.

Jeszcze nie wiemy jak i za co, ale to nie przeszkadza nam, by układać klocki układanki w jedną całość. Fakt, mamy mnóstwo pomysłów, ale ile z nich okazało się nierealnych… Nie raz się śmiejemy na ich wspomnienie. Najważniejsze, że obaj mamy różne doświadczenie zawodowe i pod tym kątem lepiej nam się nie mogło ułożyć.  Po kliku miesiącach do ekipy zapraszamy Gracjana, który na początku miał nam pomagać w treningach na torze. Ostatecznie ustalamy, że obaj wystartują w Pucharze Lubelszczyzny, natomiast Krystian dodatkowo zadebiutuje w Rookie600.

Odnośnie tego, co było dalej nie będziemy tu pisać, bo część z Was już zna tę historię, a zainteresowanych, którzy dopiero teraz trafili na Prędki Racing Team, zapraszamy na nasz FanPage oraz do przeszukania archiwum MotoRmania.com.pl gdzie można znaleźć relacje z naszych startów (od redakcji – ten link na pewno ułatwi Wam przeszukiwanie!).

Jest jednak coś, co chcielibyśmy przekazać na koniec.

Piszemy teraz do tych z Was, którzy chcieliby rozpocząć swoją przygodę z torem. Po pierwsze nie ćwiczcie na drogach publicznych. Pomijając kwestię opinii, jaką mają motocykliści (nad czym wypadałoby nam wszystkim popracować), pamiętajmy ilu z nas żegnamy co roku…

Po drugie w naszych realiach wyjazd na tor, szczególnie duży obiekt w Poznaniu, czy Brnie kojarzy się z ogromnymi wydatkami. Oczywiście nie jest to mało, jednak zastanówcie się, czy wszystkie wydatki są konieczne. Okazuje się, że na początek nie warto kupować drogiego sprzętu i jeszcze go modyfikować najdroższymi komponentami. Na torze dopiero po wielu kilometrach odczujecie różnicę i wykorzystacie potencjał drogich gadżetów. Na początek kupcie seryjny, sportowy motocykl i nie musi to być nowa rakieta, naładowana elektroniką, wystarczy SRAD 600, czy przy większym budżecie 600RR PC37. Do kompletu potrzebujecie jeszcze laminat, lub przerobienie seryjnych owiewek na „sportowe”. Nieodzowne jest wtedy pozbawienie motocykla wszystkich „cywilnych” elementów, oraz zaślepienie otworów montażowych.

Przede wszystkim zaoszczędzi to Wasze pieniądze podczas szlifa, a do tego sama świadomość, że ewentualny crash nie będzie kosztowny, powinna poprawić Wasze nastawienie do jazdy. Podczas treningów tzw. zorganizowanych, zawsze znajdzie się ktoś, kto podpowie jak ustawić seryjne zawieszenie. Do tego nie zaszkodzi jeszcze zamontować crash pady. Z czasem można pomyśleć o sportowych setach, kocach do opon, czy o amortyzatorze skrętu, jednak nie są to artykuły pierwszej potrzeby.

Taki podstawowy pakiet da Wam po pierwsze nieograniczone dostawy epinefryny, po drugie odpowiedź na pytanie czy na pewno chcecie oddać się wyścigom w 100%, a dokładniej oddać im swój portfel… Później już jest tylko gorzej/drożej… ;)

Tym optymistycznym akcentem kończymy nasze dywagacje, mając nadzieję że byliśmy w minionym sezonie chociażby małą inspiracją dla wielu z Was, pokazując z pewnością nie jako pierwsi i miejmy nadzieję nie ostatni, że podstawą spełniania marzeń jest wytrwałe dążenie do celu. Życzymy Wam wszystkim pracowitej zimy, wczesnej wiosny i do zobaczenia na nitce toru.

Tymczasem czytajcie MotoRmanię, następna porcja wieści z obozu PRT już wkrótce! Race Your Life!