Niestety, spełnił się najczarniejszy scenariusz, Nicky Hayden zmarł dziś rano, pięć dni po potrąceniu przez samochód we Włoszech.

Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Zawodową przygodę z MotoGP zaczynaliśmy w tym samym czasie. Był jednym z pierwszych zawodników poznanych przeze mnie na żywo. Z nikim innym nie przeprowadziłem tylu wywiadów i całkowicie prywatnych rozmów. Nikt inny nie imponował mi tak bardzo swoją pokorą, skromnością i ciężką pracą.

Dzielenie padoku z gwiazdami i milionerami może łatwo zepsuć każdego, od zawodników, po dziennikarzy. Nicky był w tym złotym kotle drogowskazem i wzorem do naśladowania. Nie tylko w chwilach triumfu, ale także porażki.

Obserwując go przez lata wiele się nauczyłem, nie tylko jako dziennikarz, ale po prostu młody chłopak w podobnym wieku.

Wiem, że jestem jednym z wielu, którzy mogą dziś powiedzieć, że mieli z Nickym świetny kontakt, ale takim właśnie był człowiekiem. Od dziecka chciał po prostu zostać mistrzem świata. I został, ale ani przez chwilę nie zapomniał skąd pochodzi.

Ja z kolei nigdy nie zapomnę m.in. sezonu 2006, wszystkich tych wspólnych pogawędek i podejścia do życia, które nigdy się nie zmieniało, niezależnie od tego, czy siedział na przeciwko mnie debiutant, mistrz świata, czy zawodnik prywatnej ekipy, której nie stać było na osłony hamulców.

To, jakim był człowiekiem, było także ogromną zasługą jego wspaniałych rodziców i rodzeństwa, o których od kilku dni nie mogę przestać myśleć.

Bez dwóch zdań Nicky Hayden to legenda, nie tylko MotoGP, nie tylko na torze, ale także poza nim.

Jedynym pocieszeniem jest fakt, że zostaje masa zdjęć i wspomnień; ani jedno z nich nie jest negatywne.

Rest easy, kid…