Wygrywając niedzielny wyścig o Grand Prix Australii na torze Phillip Island Maverick Vinales przerwał półtoraroczną, pechową passę Yamahy. Na podium dołączyli do niego Andrea Iannone i Andrea Dovizioso, podczas gdy na mecie, po kontrowersyjnej kolizji, zabrakło Marca Marqueza i Johanna Zarco.

Po starcie wyścigu na prowadzenie wystrzelił Danilo Petrucci, ale Włoch odpał z czołówki już w drugim zakręcie, po uślizgu i wyjeździe poza tor, po którym finiszował na dwunastym miejscu. Przez chwilę stawce przewodził faworyt lokalnej publiczności, Jack Miller. Australijczyk minął jednak linię mety na siódmej pozycji.

Marquez vs Zarco – kto zawinił?

Wkrótce na czele znalazł się Marquez, którego naciskała spora grupa. Na szóstym okrążeniu, gdy Zarco i Marquez walczyli o trzecie miejsce za plecami Dovizioso i Millera, Francuz próbował zaatakować na prostej startu i mety, gdzie niemal zrównał się z Hiszpanem. Marquez dojechał jednak do lewej krawędzi toru, a następnie zahamował, jak sam twierdzi; później niż zazwyczaj, ponieważ przyspieszył w tunelu aerodynamicznym za Millerem. Jadący tuż za nim Zarco, który także zyskał prędkość za plecami Australijczyka, uderzył w tylne koło Repsol Hondy, mocno uszkadzając w niej siedzenie i zaliczając spektakularną wywrotkę. Chwilę później Marquez zjechał do garażu z powodu oberwanego siedzenia, podczas gdy element z motocykla Zarco uderzył w lewą rękę jadącego w kolejnej grupie Aleixa Espargaro.

Po wszystkim Marquez przyznał, że był zły z powodu uderzenia przez rywala, ale po obejrzeniu powtórki ocenił sytuację jako incydent wyścigowy i nie winił Zarco. Podobne zdanie mają sędziowie. Co prawda można zwrócić uwagę na zmianę linii przejazdu zakończoną mocnym hamowaniem Hiszpana, co nie zostawiło Francuzowi miejsca, ale nawet jeśli było to klasyczne wyścigowe cwaniactwo w białych rękawiczkach, to jednak nie próba celowego sprowokowania kontaktu. Mamy jednak wrażenie, że przekonany o obronie pozycji, mistrz świata po prostu pojechał linią pozwalającą mu jak najszybciej wejść w pierwszy zakręt. Tym bardziej, że Zarco także przyznał się do błędu i przeprosił Hiszpana za zepsucie jego wyścigu. Dla nas sprawa jest zamknięta, ale kibice w internecie są oczywiście podzieleni.

Nieco inaczej wyglądało pamiętne starcie Marqueza z Thomasem Luthim w Katarze w klasie Moto2 w 2012 roku. Na początku ostatniego kółka Hiszpan wyprzedził Szwajcara na prostej, a następnie gwałtownie odbił do zewnętrznej tuż przed wciśnięciem hamulca, blokując rywala i zmuszając go do wyjazdu poza tor, za co otrzymał później upomnienie od Dyrekcji Wyścigu. Jeśli korzystacie z opcji Video Pass na MotoGP.com, możecie całą sytuację obejrzeć TUTAJ.

Vinales przerywa passę, ale Yamaha musi nadal pracować

W momencie kolizji Vinales jechał na ósmej pozycji, ale dwa kółka później był już na prowadzeniu, którego ostatecznie nie oddał do samej mety. W pewnym momencie jego przewaga wynosiła ponad cztery sekundy, ale na finiszu Iannone zbliżył się do niego zaledwie na półtorej sekundy. Hiszpan przyznał później, że nie było to jedynie kontrolowanie sytuacji, a walka z kończącą się przyczepnością, ale wypracowana wcześniej przewaga pozwoliła mu dowieźć zwycięstwo do mety.

Dla niego to pierwsza wygrana od ubiegłorocznego Grand Prix Francji, czyli od 29 wyścigów. Dla Yamahy pierwsze zwycięstwo od 25 wyścigów i triumfu Valentino Rossiego w Assen. Obaj zawodnicy Yamahy studzą jednak emocje. Co prawda Vinales przyznał, że po nieudanym wyścigu w Japonii wrócił do ustawień, które pozwoliły mu stanąć na podium w Tajlandii, ale podkreślał też, że Phillip Island to jeden z ulubionych torów. „Spodziewałem się, że mimo problemów o zwycięstwo będziemy w tym roku w stanie powalczyć tutaj i na Silverstone” – powiedział, przy czym warto pamiętać, że wyścig w Wielkiej Brytanii został odwołany z powodu ulewnego deszczu.

Vinales przyznał także, że charakterystyka toru pozwoliła zamaskować problemy M1-ki z przyspieszeniem i trakcją na zużytych oponach. „Mamy świetne podwozie, ale w trakcie sezonu nie możemy zmienić silnika. Musimy poprawić silnik i elektronikę, szczególnie w środku zakrętu”- wyjaśniał konferencji prasowej.

Wtórował mu dopiero szósty na mecie Rossi, który choć do zwycięzcy stracił zaledwie pięć sekund, to jednak znów przegrał pojedynek z Alexem Rinsem na Suzuki. „Od początku wyścigu miałem problemy z przyczepnością na wyjściach z lewych łuków, a po piętnastu kółkach byłem już w sporych tarapatach”- powiedział Włoch. Zapytany następnie przez reporterkę MotoGP.com, czy to dobrze, że Yamaha wreszcie przerwała swoją pechową passę odpowiedział jedynie; „Tak, to dobrze” i szeroko się uśmiechnął, ale ewidentnie był to jedynie uśmiech przez zły i nie chodzi tylko o fakt, że wygrał jego team-partner. Podczas późniejszej rozmowy z dziennikarzami „Doktor” podkreślał, że nawet jeśli Yamaha wygra trzy ostatnie wyścigi tego sezonu, to nadal nie rozwiązuje to jej problemów, a inżynierowie nie mogą zwalniać tempa swoich prac nad motocyklem na sezon 2019. „Zgadzam się z tymi słowami”- powiedział później Vinales.

Rozgoryczenie Rossiego zwiększa fakt, że trzeci dziś Andrea Dovizioso otworzył nad nim w tabeli piętnastopunktową przewagę. Tyle samo punktów traci do niego Vinales. „Wygląda na to, że czeka mnie walka nie o drugie, a o trzecie miejsce w generalce”- ubolewał 39-latek.

Radość na podium

Tymczasem na podium razem ze zwycięzcą świętowali Iannone i Dovizioso. Pierwszy z nich był nieco rozczarowany, bo w treningach wolnych to on miał ewidentnie najlepsze tempo i wydawał się cichym faworytem. Zawodnik Suzuki najpierw stracił jednak nieco czasu po zderzeniu Marqueza i Zarco, za którymi jechał, a następnie sam zbyt mocno opóźnił hamowanie do jedynki, w połowie wyścigu spadając z drugiej na piątą pozycję. Co prawda udało mu się przebić ponownie na drugą lokatę, ale zbyt mocno zużył w ten sposób opony. Choć na finiszu mocno zbliżył się do Vinalesa, to jednak już nie na tyle, aby zaatakować.

Zdołał jednak obronić się przed Dovizioso. Zawodnik Ducati choć zadowolony z podium i regularnych postępów Ducati, to jednak podkreślał, że włoska marka cały czas musi poprawić zachowanie motocykla w środku zakrętu. Dzięki ósmemu podium Dovi umocnił się na drugim miejscu w generalce, podczas gdy Iannone zrównał się punktami z siódmym Zarco. Do szóstego Petrucciego traci cztery oczka, a do piątego Crutchlowa piętnaście.

Maniac Joe ma tym sposobem dużą szansę na spory awans w tabeli. Tym bardziej, że Brytyjczyka możemy już w tym roku nie zobaczyć na torze. Crutchlow złamał prawą kostkę podczas wypadku w pierwszym zakręcie w trakcie piątkowego treningu. Jest już po pierwszej operacji, która zakończyła się złączeniem trzech złamań przez zewnętrzny stabilizator, ale w czwartek czeka go kolejny zabieg. W Malezji zawodnika LCR Hondy zastąpi tester HRC, były mistrz świata Moto2 i były podopieczny Lucio Cecchinelliego, Niemiec Stefan Bradl.

Pod znakiem zapytania stoi także start Jorge Lorenzo, który wraca do zdrowia po operacji kontuzjowanego w Tajlandii lewego nadgarstka. W Australii zastępował go inny Hiszpan, Alvaro Bautista, który na mecie zaimponował czwartym miejscem. Były mistrz świata klasy 125 niemal do samego końca walczył z Dovim i Iannone, ale na samym finiszu stracił czas z powodu problemów z wyczuciem nieco inaczej pracującej dźwigni zmiany biegów, niż ta, do jakiej przyzwyczaił go model GP17 z ekipy Aspara. W trakcie weekendu wspominał także o tym, że motocykl Lorenzo w specyfikacji 2018 charakteryzuje się także płynniej pracującym silnikiem i słynnym węższym zbiornikiem paliwa, przygotowanym dla „Por Fuery” na początku sezonu.

Bautista pokazał się jednak ze świetnej strony, pomagając Ducati zdobyć cenne punkty do klasyfikacji generalnej. Niewiele brakowało, a w Australii to nie on zastąpiłby Lorenzo. Początkowo na fabryczny motocykl na domowy wyścig planowano posadzić Jacka Millera, ale jego wywrotka w Japonii sprawiła, że Ducati zmieniło plany. Bautista był oczywistym kandydatem, bo za rok zobaczymy go w WorldSBK w fabrycznym zespole marki z Bolonii.

Świetna jazda Iannone i Bautisty pokazuje, że decyzje menedżerów czasami wychodzą im bokiem. Włoch straci w końcu miejsce w Suzuki na rzecz Joana Mira, choć w tabeli jest o dwa miejsca wyżej niż Alex Rins. Bautista całkowicie znika z padoku, choć dzisiaj pokazał, że na konkurencyjnym motocyklu może walczyć o podium. W Malezji zobaczymy go jednak w swojej starej ekipie. Jeśli Lorenzo zabraknie na torze Sepang, zastąpi go tam Michele Pirro, który nie mógł pojawić się w Australii z uwagi na zaplanowane wcześniej i bardzo ważne testy nowego modelu Desmosedici GP19 w Walencji.

Niespodzianki

Zderzenie Marqueza i Zarco, a także nieobecność Crutchlowa i wywrotki Pedrosy oraz Syahrina sprawiły, że w pierwszej dziesiątce nie zabrakło niespodzianek, w postaci Franco Morbidelliego, Aleixa Espargaro i Bradleya Smitha. Dla pierwszego z nich to cenne punkty w walce o tytuł debiutanta roku. Espargaro ma powody do zadowolenia, bowiem w Australii testował motocykl będący połączeniem części z sezonu 2017 i nowinek na przyszły rok, mających dociążyć tył i poprawić przyczepność. Wysoka pozycja na mecie może cieszyć, ale strata 22 sekund do lidera już niekoniecznie.

Tym bardziej, że Hiszpan musi teraz prześwietlić lewą rękę, w którą uderzył jeden z fragmentów z motocykla Zarco. Jeszcze mniej szczęścia miał jego brat Pol, który jako jeden z niewielu założył miękką tylną oponę, a następnie wycofał się z wyścigu z powodu jej mocnego zużycia, podczas gdy Smith wywalczył dla KTM-a jeden z lepszych rezultatów w tym sezonie. Warto odnotować, że swój pierwszy punkcik w tym sezonie zdobył belgijski debiutant, Xavier Simeon.

Kolejna, przedostatnia runda MotoGP, Grand Prix Malezji na torze Sepang, już w najbliższy weekend!