Wygrywając niedzielny wyścig o Grand Prix Japonii Marc Marquez przypieczętował swój piąty tytuł mistrza świata motocyklowej, królewskiej klasy MotoGP. Na przedostatnim okrążeniu z walki odpadł jego główny rywal, jadący tuż za nim Andrea Dovizioso. Włoch upadł po uślizgu przedniego koła w jedenastym zakręcie. Podium uzupełnili Cal Crutchlow i Alex Rins.

Po starcie z pole position Dovizioso wystrzelił na prowadzenie, ale niemal natychmiast za jego plecami znalazł się ruszający z szóstego pola Marquez. Włoch kontrolował sytuację, ale narzucał nierówne tempo, co kilka okrążeń na zmianę nieco przyspieszając i zwalniając. „Sam nie wiem, dlaczego to robił, bo nie mieliśmy problemów ze zużyciem opon i paliwa” – tłumaczył później Marquez. „Ducati stosuje taką taktykę od kilku wyścigów” – wtórował mu Crutchlow.

„Czasami pozwalałem mu nieco uciec, bo kiedy jako lider widzisz, że odjeżdżasz na trzy dziesiąte sekundy, nie przestajesz cisnąć” – dodał zawodnik Repsol Hondy, który ostatecznie wysunął się na prowadzenie na cztery kółka przed metą. Dovizioso jechał za nim jak cień i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował zaatakować na finiszu, ale w połowie przedostatniego kółka zbyt ostro wszedł w prawy nawrót prowadzący na tylną prostą, dość mocno stanął na tylnym hamulcu, aż wreszcie zaliczył uślizg przodu w środku łuku.

„Jestem bardzo rozczarowany, bo chciałem wygrać ten wyścig za wszelką cenę – powiedział Dovi, który w tabeli wyprzedza Valentino Rossiego o jedynie dziewięć oczek. – To był jednak udany weekend, podczas którego byliśmy konkurencyjni. Podczas wyścigu nie byłem w stanie odskoczyć Marquezowi i chce mu pogratulować, bo w tym roku znów zasłużył na tytuł. Szkoda wypadku. Nie przesadziłem. Po prostu chciałem jak najlepiej wyjść z zakrętu aby zaatakować i popełniłem mały błąd”.

Dovizioso długo jechał na czele stawki - foto: Ducati

Dovizioso długo jechał na czele stawki – foto: Ducati

Tym sposobem Marquez spokojnie przejechał ostatnie okrążenie, po czym po minięciu linii mety założył koszulkę z napisem „Level 7” i podbiegł do specjalnego automatu do gier, który wydał mu okolicznościowy, mistrzowski kask. Chwilę później przybił sobie piątki z japońskimi fanami, którzy byli tak podekscytowani, że przewrócili barierkę i niemal wpadli na swojego idola. Sytuację uratował słynny już refleks Marqueza. Hiszpan złapał za barierę i zapobiegł zamieszaniu.

Fani dosłownie lecą na Marqueza! - zdjęcia: motogp.com

Fani dosłownie lecą na Marqueza! – zdjęcia: motogp.com

Po wszystkim nowy/stary mistrz przyznał, że choć ten sezon był dla niego dużo spokojniejszy niż poprzedni, kiedy to o tytuł musiał walczyć do samego końca w Walencji i kosztowało go to kilka siwych włosów, to jednak nerwów mimo wszystko nie brakowało.

„Nie lubię tego stresu, dlatego chciałem sięgnąć po tytuł już przy pierwszej możliwej okazji i mieć to za sobą. Dziś rano podszedł do mnie prezes Hondy i powiedział „musisz wygrać”, pomyślałem „eee, ok”, ale później moja ekipa uspokajała mnie podkreślając, że przed nami jeszcze cztery wyścigi” – powiedział 25-latek, który ma teraz na swoim koncie pięć tytułów w królewskiej klasie. Tyle samo, co słynny Australijczyk Mick Doohan, który dominował w 500-tkach w latach 90-tych. Więcej, odpowiednio osiem i siedem, mają tylko Włosi; Giacomo Agostini i Valentino Rossi.

Trudno się dziwić, że Marquez był w tym roku spokojniejszy. Co prawda po drodze zaliczył aż osiemnaście wywrotek, ale tylko dwa razy finiszował poza podium; najpierw podczas kontrowersyjnego Grand Prix Argentyny, a następnie po wywrotce w Grand Prix Włoch, gdzie minął linię mety na szesnastym miejscu. Hiszpan na pudle stawał aż trzynaście razy, z czego osiem na jego najwyższym stopniu – to o dwie wygrane więcej niż rok temu. Co prawa przed nami jeszcze trzy wyścigi, ale dla Marqueza i tak nie będzie to rekordowy sezon. W 2014 roku, w drodze po swój drugi tytuł w rzędu, Hiszpan triumfował aż trzynaście razy, z czego dziesięć z rzędu.

Co ciekawe, dzisiaj nie obyło się także bez… kontuzji. Gdy Marquez świętował na poboczu ze swoimi najbliższymi, podjechał do niego stary rywal z Moto2, Scott Redding, który tak skutecznie poklepał go po plecach, że… wybił mu lewy bark! Na szczęście do akcji szybko wkroczył młodszy brat mistrza, Alex. Marc położył się na ziemi, Alex nastawił mu bark, a wielu kibiców w ogóle nie zauważyło, że przez chwilę coś było nie tak. Problemy z wypadającym barkiem trapią Marqueza od kilku lat po tym jak przewrócił się na torze Silverstone. „Po sezonie będę musiał zjechać na pit-stop do doktora Mira” – żartował Hiszpan, nawiązując do słynnego lekarza gwiazd MotoGP z Barcelony, w którego niedawno kontuzję leczył także startujący w ME Moto2 Polak, Piotr Biesiekirski.

... za chwilę podjedzie Redding ;)

Chwila radości przed ceremonią podium – foto: motogp.com

Tytułu, w mediach społecznościowych, jako jeden z pierwszych pogratulował Marquezowi Jorge Lorenzo, który w przyszłym roku dołączy do niego w Repsol Hondzie. Zawodnik Ducati, który niedawno krytykował swojego rodaka za doprowadzenie do wypadku po starcie GP Aragonii, napisał: „Czasami nie zgadzamy się co do tego jak rywalizować, ale nie mam wątpliwości co do twojego talentu i umiejętności. Gratulacje. Znów byłeś najlepszy.”

Hiszpan nie wystartował w Grand Prix Japonii z powodu kontuzji lewego nadgarstka, jakiej nabawił się podczas ostatniej rundy w Tajlandii. Lorenzo opuści także zaplanowany na następny weekend wyścig w Australii, gdzie w fabrycznym zespole Ducati zastąpi go Alvaro Bautista. Punkty przez niego wywalczone będą na wagę złota, bowiem Ducati walczy o miejsca na podium w klasyfikacji producentów i zespołów.

Crutchlow ubolewał, że nie zaatakował na początku wyścigu - foto: Ducati

Crutchlow ubolewał, że nie zaatakował na początku wyścigu – foto: Ducati

Półtorej sekundy za zwycięzcą metę minęli Crutchlow i Rins, którzy do ostatnich metrów walczyli o drugie miejsce. „Jestem trochę zawiedziony, bo mając tytuł w kieszeni Marc mógł mnie przepuścić na ostatnim kółku, a wtedy mielibyśmy piękną walkę o zwycięstwo z Alexem” – żartował Brytyjczyk.

Wspomniany duet o pięć sekund wyprzedził Valentino Rossiego, który w drugiej połowie wyścigu znów stracił tempo. „Był dobry na hamowaniu, ale widziałem, że zaczyna tracić trakcję na wyjściach z zakrętów, dlatego zacząłem wcześniej podnosić motocykl na wyjściach i odjechałem mu” – powiedział Rins. Wygląda na to, że poprzedni wyścig w Tajlandii jedynie na chwilę zamaskował trapiące Yamahę od roku problemy na wyjściach z zakrętów na zużytej oponie. Tym bardziej, że ruszający z pierwszego rzędu Johann Zarco był szósty, a Maverick Vinales siódmy, ze stratą trzynastu sekund do zwycięzcy. Obu wyprzedził Bautista na prywatnym Ducati, który do Rossiego stracił tylko pół sekundy.

Rossi nie był w stanie dotrzymać Rinsowi kroku i powalczyć o podium - foto: Yamaha

Rossi nie był w stanie dotrzymać Rinsowi kroku i powalczyć o podium – foto: Yamaha

Dziesiątkę uzupełnili Petrucci, Pedrosa i Syahrin, podczas gdy punkty zgarnęli jeszcze Morbidelli, Smith i Espargaro z KTM-a, startujący z dziką kartą Katsuyuki Nakasuga oraz Takaaki Nakagami, który przed weekendem poinformował o przedłużeniu współpracy z ekipą LCR Honda. Dovizioso minął linię mety na osiemnastej pozycji, podczas gdy ruszający z pierwszego rzędu Jack Miller nie ukończył wyścigu z powodu wywrotki. Jego los podzielił Andrea Iannone, który początkowo ostro walczył z Rinsem.

Teraz czas na świętowanie! - zdjęcia: motogp.com

Teraz czas na świętowanie! – zdjęcia: motogp.com

Zamieszania nie brakowało także w małych klasach. W Moto2 triumfował Francuz Fabio Quartararo, którego za rok zobaczymy w MotoGP na prywatnej Yamasze. Zawodnik ekipy Speed Up wkrótce został jednak zdyskwalifikowany za zbyt niskie ciśnienie w tylnej oponie. „Za niskie o 0,02…” napisał później na Instagramie. Zwycięstwo zgarnął więc lider tabeli, Francesco Bagnaia, który także szykuje się już do awansu do MotoGP, w barwach Ducati, ale najpierw musi jeszcze przypieczętować tytuł. Na 75 punktów do zdobycia jego przewaga na Portugalczykiem Miguelem Oliveirą wynosi 37 punktów. Jeśli za tydzień wzrośnie do 50, Włoch świętować będzie mógł już w Australii, na dwie rundy przed końcem sezonu.

W klasie Moto3 triumfował Włoch Marco Bezzecchi, którego podczas ostatniej rundy w Tajlandii z toru ściął rodak Enea Bastianini. Tym razem do mety nie dojechał lider, Hiszpan Jorge Martin. Tym sposobem jego przewaga nad Bezzecchim stopniała do zaledwie jednego oczka. Wygląda na to, że czeka nas zacięta walka o tytuł do ostatnich metrów w Walencji. Pechowo wyścig zakończył także zespołowy kolega Martina, Fabio Di Giannantonio, który po potężnej wysiadce trafił helikopterem do pobliskiego szpitala z podejrzeniami uszkodzenia czaszki. Na szczęście dokładne badania wyeliminowały poważniejsze urazy, ale Włoch nie pamięta wypadku, dlatego do jutra zostanie w szpitalu. We wtorek poleci z kolei do Australii, gdzie już w następny weekend kolejna runda MotoGP. Na pokładzie samolotu z pewnością nie będzie jedynym pasażerem z bolącą głową…