Organizatorzy MotoGP poinformowali dzisiaj, że do grona oficjalnych legend tego sportu dołączą w tym roku dwaj byli mistrzowie świata, Amerykanin Kenny Roberts Junior i Włoch Marco Luchinelli. Czy jednak zasłużenie?

Pomijam na chwilę Luchinelliego, bo gdy sięgał po tytuł w królewskiej klasie w 1981 roku nie było mnie jeszcze na świecie i jego wyczyny znam jedynie z opowieści czy archiwalnych nagrań. Starty Robertsa pamiętam jednak doskonale i miałem okazję przyglądać się im z bliska; także wówczas, gdy Kalifornijczyk rozmieniał swój sukces na drobne.

W cieniu ojca

Roberts w akcji w sezonie 2004, zdjęcia: MotoGP.com i Suzuki

Roberts w akcji w sezonie 2004, zdjęcia: MotoGP.com i Suzuki

Roberts Junior to syn absolutnej legendy i pioniera wyścigów motocyklowych, Kenny’ego Robertsa, który najpierw podbił amerykański dirt track, a następnie cały wyścigowy świat. Na podbój Europy ruszył przy tym nieco z przypadku, bo jak sam stwierdził, nikt nie chciał mu zapłacić „wystarczająco dużo” za starty w dirt tracku bezlitosną TZ750; dwusuwem o mocy 150 KM.

Kenny wpadł do Europy z hukiem, już w swoim debiucie w 1978 roku zgarniając tytuł w szalonej klasie 500, pokonując przy okazji swojego wielkiego rywala, brytyjską gwiazdę Barry’ego Sheene’a. Amerykanin był górą także przez dwa kolejne lata, łącznie zdobywając trzy tytuły z rzędu. Jego pojedynki z Sheene’em na zawsze przeszły do historii wyścigów motocyklowych.

Później, przez trzy kolejne sezony, Kenny nadal ścigał się w ścisłej czołówce, ale w 1983 roku, po przegraniu walki o tytuł na ostatniej prostej, powiedział dość i wrócił do USA. Nie na długo, bowiem wkrótce rozkręcił własny, z czasem fabryczny team Yamahy, w którego barwach po mistrzostwo sięgał trzy razy Wayne Rainey. Z wyścigami Senior na dobre dał sobie spokój w sezonie 2007, choć jeszcze kilka lat później mocno pracował nad zebraniem budżetu i powrotem do MotoGP.

Przy tym wszystkim Roberts to jedna z najbardziej barwnych i charyzmatycznych postaci, jakie kiedykolwiek poznałem w padoku Grand Prix. Facet roztacza wobec siebie aurę, która towarzyszy chyba tylko Mickowi Doohanowi, który swoją bezpośredniością potrafił doprowadzać dziennikarzy do łez. Nic dziwnego, że Senior to jak już wspomniałem absolutna legenda wyścigów motocyklowych. I nie chodzi tutaj tylko o tytuł nadawany przez organizatorów MotoGP.

Razem z ojcem na polach startowych w Le Mans

Razem z ojcem na polach startowych

Jego syn i imiennik to jednak zupełnie inna historia. Junior trafił do mistrzostw świata na początku lat 90-tych i choć w USA radził sobie bardzo solidnie, bez wątpienia w awansie do cyklu Grand Prix pomogło mu nazwisko. Po trzech sezonach spędzonych w połowie stawki klasie 250, w 1996 roku trafił do królewskiej klasy. Oczywiście w barwach ekipy ojca. Dwa z nich spędził na trzycylindrowym Modenasie, na którym tytułu nie zdobyłby nawet Valentino Rossi, ale gdy w 1999 roku podpisał fabryczny kontrakt z Suzuki, nagle – z dnia na dzień – rozkwitł.

Cztery wygrane i łącznie osiem podiów zapewniły mu wówczas wicemistrzostwo. Pomógł w tym oczywiście wypadek z Jerez, po którym dominujący wówczas Doohan zmuszony był zakończyć karierę. Z cienia pięciokrotnego mistrza świata wyszedł wówczas jego zespołowy kolega z Repsol Hondy, Hiszpan Alex Criville, teraz już także „Legenda MotoGP” i komentator hiszpańskiej telewizji. Criville pokonał dosiadającego dużo mniej konkurencyjnego Suzuki Robertsa, ale rok później role się odwróciły.

Team Roberts pomaga Suzuki

Roberts był mistrzem jazdy w deszczu, tutaj przed Colinem Edwardsem

Roberts był mistrzem jazdy w deszczu, tutaj przed Colinem Edwardsem

Podczas gdy Hiszpana spowolniły problemy zdrowotne, które ostatecznie zmusiły go później do zakończenia kariery, Juniorowi z pomocą znów przyszedł ojciec. Team Roberts nadal wystawiał wówczas trzycylindrowe Modenasy, ale dysponował bogatym doświadczeniem po wieloletniej współpracy z Yamahą, a także zapleczem technicznym, którego pozazdrościć mogło nawet Suzuki. Przez wiele lat tajemnicą poliszynela był fakt, że fabryczne silniki z Hamamatsu trafiały na hamownię do prywatnej, konkurencyjnej ekipy z siedzibą w brytyjskim Banbury, a Roberts i jego ludzie, w tym świetny technik Warren Willing (kilka lat temu przegrał walkę z rakiem), mieli spory wkład w sukces Suzuki i Juniora.

Niestety, w kolejnych latach, już bez pomocy Seniora, Suzuki miało coraz większe problemy. Nie pomogła ani zmiana przepisów i zastąpienie dwusuwów czterosuwami, ani zastąpienie Garry’ego Taylora przez Paula Denninga na czele ekipy. Junior przez kolejne pięć lat zdobył raptem pięć podiów i tylko w 2002 roku zakończył sezon w pierwszej dziesiątce. Pod koniec jego przygody z Suzuki rywale mówili otwarcie, że Kenny się wypalił i nie ma już serca do ścigania. Co ciekawe, gdy zapytałem go o to w 2005 roku, nie zaprzeczał. „Trudno jest znaleźć motywację by wyjść z domu jeśli wiesz, że lecisz na drugi koniec świata tylko po to, aby ukończyć wyścig na piętnastym miejscu” – powiedział mi wtedy.

Sezon 2005 był jego ostatnim na Suzuki

Sezon 2005 był jego ostatnim na Suzuki

Wyścigowo odżył jeszcze na chwilę, gdy w 2006 roku wrócił pod skrzydła ekipy ojca i na motocyklu z silnikiem Hondy oraz własną ramą Teamu Roberts wywalczył szóste miejsce w tabeli i dwa podia – w tym trzecie miejsce w pamiętnym, wygranym przez Toniego Eliasa, wyścigu w Estoril. Rok później cała ekipa spakowała manatki w połowie sezonu i z powodu braków budżetowych zakończyła swoją działalność.

Od tego czasu Roberts Junior pojawił się w padoku raptem kilka razy, odwiedzając starych znajomych wyłącznie podczas rund MotoGP w USA i w przeciwieństwie do ojca nie angażując się w życie sportu czy rozwój młodych talentów.

Mistrz drugiego planu?

Junior i Senior nadal pozostają jedynym duetem ojciec – syn, który wywalczył tytuły mistrza świata w motocyklowych wyścigach Grand Prix, a Junior zapewne miałby na swoim koncie więcej sukcesów gdyby startował na bardziej konkurencyjnych motocyklach. Gdy jednak dzisiaj pojawiła się informacja o przyznaniu mu tytułu „legendy”, znajoma dziennikarka skomentowała to na Twitterze słowami „nie każdy mistrz jest legendą”.

Odbierając tytuł w 2000 roku

Odbierając tytuł w 2000 roku

Podobne głosy dało się słyszeć, choć sporadycznie, gdy do tego samego grona trafił nieodżałowany Marco Simoncelli. Sceptycy podkreślali, że choć oczywiście zginął tragicznie podczas wyścigu MotoGP w Malezji, to jednak jego osiągnięcia (dwa podia w 34 startach) nijak mają się do sukcesów takich asów jak Doohan czy Rossi (podobnie było w przypadku Japończyka Daijiro Kato). Nawet pomijając fakt, że to argumentacja kompletnie z czapki, bo Marco był przecież także mistrzem klasy 250 (podobnie jak Kato), nie mogę zgodzić się z krytyką byłych mistrzów.

Roberts nie miał charyzmy Rossiego czy Simoncelliego, nie był równie oddanym ambasadorem sportu co chociażby jego rodak i inny mistrz/legenda, Nicky Hayden, a także na torze nie był równie przebojowy co jego bardziej utytułowani rywale, ale mimo wszystko zapisał się w historii wyścigów motocyklowych.

Jego nazwisko było bowiem nie tylko swojego rodzaju błogosławieństwem, ale także przekleństwem, o czym przekonał się każdy, kto miał okazję przyglądać się jego problematycznym startom w Suzuki. Mimo nieustannej, skazanej na porażkę walki z motocyklem i korporacyjnymi przeszkodami z Japonii, Roberts co drugi weekend pakował się w samolot i z wypiętą klatą latał na drugi koniec świata dostawać baty od słabszych zawodników na lepszych maszynach. Może i tego nienawidził, ale nadal to kochał, choć mając miliony na koncie łatwo byłoby zakończyć karierę przynajmniej pięć lat wcześniej (wystarczy spojrzeć na aktualnego mistrza F1, Nico Rosberga).

Junior miał swoje pięć minut i potrafił je wykorzystać, dostarczając przy tym kibicom niesamowitych emocji, a także idąc w ślady bardzo wymagającego ojca. Tak, może nie jest legendą w sensie stricte, bo dziś mało kto już o nim pamięta, ale na ten jednak uznaniowy tytuł „Legendy MotoGP” zasłużył w pełni.