Kawasaki Balius: 250 cm3, 4 cylindry, 19000 obr/min i dźwięk z piekła rodem!

Autor:

|

4 grudnia 2013

|

Pod:

Blast from the past.

Znacie Kawasaki Balius lub jak kto woli, ZR 250? Jest to mały naked, który wszedł do produkcji już w 1989 roku. Z tłumu nie wyróżniałby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie jego silnik. Jest to jednostka, która rok wcześniej znalazła się w Ninjy ZX-2R (lub ZXR 250). A to oznacza, że ma pojemność 250 cm3, 4 cylindry w rzędzie i produkuje od 39 do 45 KM mocy. Aha, przy tym kręci się do 19 000 obr./min. Tak, do dziewiętnastu tysięcy. Piękne czasy, gdy pojęcia „ekologia” oraz „cięcie kosztów” były jeszcze absurdem. Już sprawdziliśmy na Allegro, nie ma ani Baliusa, ani ZX-2R.

Przez przypadek natknęliśmy się w sieci na wspomnianego Baliusa, który opisany został jako „najpiękniej brzmiący motocykl ever”. Zaciekawiło nas to. Sprawdziliśmy, no i racja. Balius ma poczynioną pewną modyfikację, a mianowicie nie ma tłumika, a jedynie proste rury – od samych cylindrów, po atmosferę. Chyba właśnie to czyni jego dźwięk tak świetnym…

Posłuchajcie – dźwięki natury, a pośród nich… Nadciągający bolid F1:

A tutaj Baliusem przejechał się kolega właściciela. W pełni rozumiemy jego entuzjastyczne krzyki po odkręceniu manetki:

Na koniec zostawiliśmy Wam bosko grzmiącego Baliusa i długi tunel (niecierpliwi oglądajcie od 2:10):

Uwaga, aktualizacja! Nasz niezastąpiony Kuba Walasek dodaje kilka ciekawostek do tematu 250-tek w Australii:

W Australii (bo stamtąd jest film) jest przepis, według którego po zdaniu prawka na motocykl, przez pierwszy rok trzeba jeździć na czymś nieprzekraczającym 250 cm3. Stąd rynek 250 jest tam ogromny. A 250 kosztuje tyle, co duża wyścigówka.

Natomiast fotoradary są w rękach prywatnych – kupujesz fotoradar, wsadzasz do swojego samochodu i łowisz, a potem oddajesz część pieniędzy do państwa. To oznacza, że wyścigi ze świateł rozgrywają się do prędkości 60 km/h. Dokładnie do tylu. Mandat można dostać już za 63 km/h – sam taki widziałem – 160 AUD, czyli około 450 naszych złotych.

Wszystko to składa się na to, że nie opłaca się mieć wyścigowego bzyka większego niż te 250 do jazdy po mieście, bo i tak będziesz pewnie jeździć 60 km/h.