Juras jest zawodnikiem MMA oraz motocyklistą. Ostatnio miał też wypadek motocyklowy spowodowany przez pijanego kierowcę przeładowanego busa. Przeczytajcie blog Jurasa na ten temat.

Łukasza Jurkowskiego możecie znać szerzej pod ksywką „Juras”. Juras jest zawodnikiem MMA, który całkiem niedawno wrócił na ring po pięcioletniej przerwie. Pracuje także jako komentator sportowy zajmujący się MMA Juras laczynaspasja_ploraz jako spiker na meczach Legii Warszawa. Całkiem przypadkiem Juras jest również motocyklistą i po prostu równym gościem.

Kilka dni temu, w czwartek 8. czerwca Juras miał wypadek na swojej Yamasze. Wyjechał mu pijany kierowca w przeładowanym busie. Juras jechał motocyklem ze swoją dziewczyną Martą. Łukasz szybko wraca do pełni sił, ale Marta potrzebowała będzie kilku tygodni rehabilitacji. Dookoła wypadku powstało sporo zamieszania medialnego i hejterskiego, dlatego Juras postanowił opisać całą sprawę na swoim Juras Blogu. Za jego pozwoleniem, cały wpis w oryginalnym brzmieniu umieszczamy również na MotoRmanii:

Juras Blog: Żyjemy…

Witam wszystkich w kolejnym blogu. Mam nadzieję, że korzystacie ze słońca i czytacie go w parku, nad wodą, czy w ogródku. Nie ma co zamulać w domu jeśli nie musicie. Co innego Ci, którzy leżą na przykład w szpitalu i jedyną atrakcją jest patrzenie za okno czy klikanie w social media co minutę licząc, że wydarzyło się coś spektakularnego. Jeżeli dodamy do tego to uczucie ekscytacji z niewiadomej w postaci „czym dziś zaskoczy mnie kulinarnie NFZ”… bajka! Wiadomym jest wszak, że w szpitalach łatwiej zrobić rzeźbę niż masę.

O czym dzisiaj? No właśnie o tym, co wydarzyło się w czwartkowe rano na jednej z warszawskich ulic, kiedy to niesamowicie przystojny Łukasz i przepiękna Marta (kazała mi napisać, że jest też fajna) postanowili zrobić sobie moto przejażdżkę do Różalewa, aby popaczać na świnki, kozy i konie, a przy okazji dostarczyć obiecaną przed walką gotówkę, która będzie przeznaczona na cele pomocy wspierane przez Marcina „Mistrza KSW” Różalskiego. Pech jednak chciał, że pewna ludzka spierdolina miała dla nas inny plan. Czas zatem napisać jak było, bo ilość bzdurnych komentarzy i demonizacji motocyklistów przeraża bardziej niż brak papieru toaletowego na zakończenie posiedzenia króla sedesu.

Nie będę silił się na bajkowe opisy naszego wypadku, gdyż w chwili pisania bloga trochę siadł mi humor. Wszystko zostanie oczywiście zweryfikowane jeszcze na przesłuchaniach, ale z racji tego, że mam świadków całego zdarzenia pozwolę sobie na najbardziej możliwie rzetelny przekaz. W tym miejscu dziękuje raz jeszcze Grześkowi i Ani jadących za nami Harleyem, którzy pomagali ogarnąć ten cały burdel.

Jechaliśmy lewym pasem dwupasmowej jezdni ok 70/80 km/h ( wbrew internetowym mądralom nie 170), kiedy to dostawczak postanowił nagle zmienić sobie pas na ten którym jechaliśmy My. Bez kierunkowskazów, bez spojrzenia w lusterko, gdyż aby być bardziej widoczny na drodze jeżdżę konsekwentnie na „długich”.

Możecie wystawiać już moralne mandaty. Mam to szczerze gdzieś. Wolę dostać realny mandat, ale mieć przynajmniej nadzieję, że ktoś mnie na ulicy zauważy. Jak zaczyna się ściemniać wyłączam, aby nie oślepiać innych kierowców. Jeżeli ktoś twierdzi, że w dzień go też oślepia… jest malkontentem do kwadratu. Sam jeżdżę autem na co dzień i nigdy w dzień nie oślepił mnie długimi żaden motocykl.

Nagła zmiana pasów przed „dostawczaka” i natychmiastowy hamulec! Po co? Nie wiem. Był tłok na ulicy o tej godzinie, ale nie aż taki. Do najbliższego auta przed nim było naprawdę sporo, ale jak się później okazało przeładowane auto musiało przecież hamować wcześniej, a nerwowość w ciśnięciu pedału hamulca w ziemie wynikała z tego, że kierowca… tfu! ten pierdolony śmieć za kółkiem, był pijany. Nawet nie zdążyłem zareagować naciśnięciem hamulca, a refleks mam naprawdę dobry…

Ułamek sekundy, huk i cisza…. Pierwsza rzecz, o której myślisz to żyję. Rozglądam się i szukam mojej dziewczyny. Leży na asfalcie i jęczy z bólu i przerażenia. Nie wiesz co robić, bo adrenalina rozsadza ci głowę. Głowę, która przed chwilą przypieprzyła w ścianę.

Ukłony dla marki Shoei za kask, który zdał egzamin. Nie oszczędzajcie na jakości sprzętu motocykliści. Moja Marta podczas uderzenia przeleciała przeze mnie, zatrzymała się na dostawczaku i ze znacznej wysokości spadła na ziemię. Podchodzę do niej i sprawdzam, czy może ruszać kończynami. Ona też uderzyła głową. Szczęście, że w naciągniętą plandekę, która w minimalnym stopniu zamortyzowała uderzenie. W innym wypadku byłoby już po wszystkim…

Po sprawdzeniu mojej dziewczyny, pierwsza myśl zabiję gościa. Mało tego? Jebany próbował odjechać. Wiedział, że jest „trafiony”, ale moimi środkami przekonałem go, że ma natychmiast wysiadać. Szczerze? Jakbym wiedział od początku, że jest na bani, to skatowałbym go na miejscu. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Miałem ochotę urwać skurwysynowi łeb, ale ważniejsza była dla mnie moja Marta leżąca tam na asfalcie. Nie ma nic gorszego dla faceta, jak widok cierpiącej bliskiej osoby.

Dalej wszystko potoczyło się szybko. Policja, Straż Pożarna i Pogotowie. Pierwsze prognozy dla Marty dobre. Rusza kończynami. Najważniejsze. Zabrali ją do szpitala. Ja zostałem na miejscu, aby dokończyć wszystko. Rozbity motocykl, choć jak na moc uderzenia wydawało się, że detale. Potem policjant powiedział mi, że ten gość wydmuchał 0,6 promila. Jak to usłyszałem myślałem, że wybuchnę ze złości. Chciałem wyciągnąć to ścierwo z radiowozu i zatłuc na miejscu. W takich chwilach nie myśli się o konsekwencjach. Bezradność.

Z premedytacją wsiadł za kółko, do tego przeładowanym dostawczakiem, zmiana pasów bez kierunkowskazu i hamulec do ziemi. Dla mnie tacy ludzie powinni być sądzeni za próbę usiłowania zabójstwa. Usiłowania… bo udało się przeżyć. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia, a ja to już w ogóle, bo wychodzę z tego wypadku z „pierdołami”. Mogło być znacznie gorzej. Mogłem tego bloga już nie mieć okazji napisać. Ot tak w jednej chwili wszystkie problemy świata przestają istnieć, a Twoje rozmyślania nad przyszłością przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

W tamtej chwili na moment zatrzymał się dla nas świat. To dziwne uczucie, kiedy oglądasz tragedie dziejące się na około i myślisz… mnie to przecież nie dotyczy, nie spotka. Każdy tak myśli, ja również. Teraz? Wszystko w naszym życiu jest możliwe.

Czy przeżyłem życiowy katharsis? Nie. No właśnie nie, ale na pewno w jakimś stopniu będę mniej przejmował się błahymi sprawami. Świat się nie skończy, jak z czegoś zrezygnuję, ludzie nie umrą, jak nie zaangażuję się w ich sprawy. Za to mogę zaangażować się w siebie i bliskich. Może czas więcej czasu spędzać z przyjaciółmi kosztem obowiązków? Proste rzeczy. Nie oznacza to, że nagle rzucam wszystko i wyjeżdżam ganiać owce w Bieszczady, ale można trochę zwolnić. Szczególnie teraz, gdy idą wakacje.

Jedna sprawa o której jeszcze chcę napisać. Dlaczego widząc wypadek z udziałem motocykla społeczeństwo myśli „oho…doigrał się. Na bank zapieprzał 300 stówki miastem”. Widziałem niektóre twarze w autach mijających nas wtedy. Czytałem ich wzrok właśnie w ten sposób. Szkoda dziewczyny na asfalcie, ale mogła przecież nie wsiadać na motocykl. No kurwa. Mogłaś nie jeść gum Turbo za młodu babo, to byś teraz raka nie miała… mogłeś nie pić w weekend, to byś kaca nie miał… mogłeś nie jeść ostrego kebsa, to by Cię dupa rano nie piekła.

Dlaczego w świadomości większości ludzi, nie tylko kierowców samochodów istnieje świadomość motocyklista = zło. Dla mnie jazda motocyklem, to najpiękniejsze uczucie jakie doświadczam. Wolność. Samotność, ale taka refleksyjna.

Wsiadając na moją Yamahę czuję się niczym nieograniczony, a każde muśnięcie powietrza przypomina mi, że żyję. Trzeba to przeżyć, aby zrozumieć. Czy zdarza mi się przekraczać znacznie dozwoloną prędkość? Tak, ale nie robię tego, gdy nie czuję pewności bezpieczeństwa. Jestem raczej z tych rozsądnych, a jakbym rozpieprzył się przez swoją głupotę, to nie szukałbym winnych, tylko zdzielił z liścia sam siebie. Jako kierowca samochodu też przekraczam prędkość. Tak samo, jak 99% kierowców. Czym zatem różni się to przewinienie w świadomości ludzi? Że autem to ok, a moto już beeeee?

Dawca Organów jedzie. Tak oczywiście. Jestem zadeklarowanym Dawcą. Miało mnie to obrazić? Pudło. Co innego, jak zapieprzasz miastem 200 i potem masz pretensje do „puszek”, że cię nie zauważył. Szanujmy się wzajemnie i dajmy sobie wzajemnie szansę na bezpieczeństwo.

Jedna prośba tylko i jak trafi do jednego kierowcy, to będzie sukces… UŻYWAJCIE KIERUNKOWSKAZÓW ZMIENIAJĄC PAS RUCHU CZY SKRĘCAJĄC. Nikt z nas nie jest pieprzonym Nostradamusem, aby się domyślić waszych zamiarów. Mała rzecz, a może uratować życie. Nie tylko motocykliście. Nienawidzę tego. Kilka dni temu jadąc moim Audi jakaś pieprzona idiotka białą KIA Sportage wjechała bez kierunków przede mnie zmuszając do hamowania, a na strąbienie jej po całości zareagowała pokazaniem mi „Fucka”… ręce opadają i gdyby nie dziecko na pokładzie… szkoda gadać.

Minie trochę czasu, aby dojść do pełnej sprawności i aby po wypadku nie było śladu. To też dobry czas, aby zaangażować się może w uświadamiające kampanie. To też dobry czas, aby w związku ze zbliżającymi się wakacjami iść oddać krew. Ofiar wypadków będzie niestety wiele, a krwi w bankach jest bardzo mało. Moja Fundacja Krwawy Sport na bank zrobi ze dwie akcje w tym okresie, ale dajcie mi chwilę na ich przygotowanie.

Żyjemy… to najważniejsze. Dziękujemy wszystkim za wyrazy wsparcia i życzenia zdrowia. Jesteście wielcy!

#StopPijanymKierowcom
#KrewRatujeŻycie
#UżywajcieKierunkowskazów

Redakcja MotoRmanii zaprasza do komentowania zarówno pod tym artykułem, jak i pod oryginalnym wpisem na Juras Blogu. Zapraszamy również do przeczytania pozostałych tekstów Jurasa.