Jazda na plecaku. Wiele osób, szczególnie kobiet, właśnie od niej rozpoczyna swoją przygodę z motocyklem. Potrafi dostarczyć doznań, których nie doświadczy się samemu będąc za sterami…

Speed so fast I felt like I was drunk
City lights lay out before us
And your arm felt nice wrapped ’round my shoulder….

(Szybko tak że czułam się jak pijana
ścieliły się przed nami światła miasta
I czułam się błogo z twoją ręką na moim ramieniu…)

Tracy Chapman śpiewa o byciu pasażerem. Echo jej słów brzmi w mojej głowie, gdy mkniemy przez zapadający nad ulicami wieczór.

Ciemne niebo, ciemny asfalt, ciemne ściany budynków. Zimne światła latarń, barwne neony sklepów, citylighty na przystankach rozsmużają się po obu stronach. Pod nami wibruje najpiękniejszą muzyką silnik motocykla, mruczy jak kocur dopieszczany na kolanach. Rzeka białych reflektorów aut z naprzeciwka, czerwone i zielone sygnalizatory na skrzyżowaniach.

Nocne powietrze jest chłodne, ale nie czuję zimna. Na plecaku nie marznie się nigdy. Ten, dzięki któremu nie muszę zawracać sobie głowy wyborem trasy, pierwszeństwem na skrzyżowaniach i pamiętaniem o wyłączaniu kierunków, przyjmuje na klatę, dosłownie i w przenośni, cały chłód nocy.

Trójpasmowa śródmiejska aleja, jak tętnica w organizmie miasta. Środkiem tramwaje, trzy pasy ruchu, autobusy, ciężarówki, samochody. Po obu stronach stacje benzynowe. Podświetlane loga koncernów paliwowych, ich wyraźne kształty i wyraźne kolory, zawsze manifestujące się w liniach na obwodzie zadaszeń nad dystrybutorami, zalanymi przez światło jarzeniówek. Lśnienie odbija się w lakierze tankujących aut. A my płyniemy kanionem śródmiejskiej arterii, przez noc, mijając te świetlne wyspy. Most nad czarną ciemnością Odry, oświetlone wieże na drugim brzegu, blask skapuje w czarną wodę długimi smugami jasności pociętej na poziome kreseczki maleńkich fal. Skrzyżowanie, czerwone, kierowca auta przed nami widząc nas we wstecznym zjeżdża uprzejmie, byśmy mogli wbić się po linii i zmniejszyć kolejkę do świateł. Dziękujemy mu gestem ręki. Nie spieszymy się, mimo że w sumie gdzieś tam teoretycznie mamy dotrzeć, a praktycznie to przemieszczanie się jest ważniejsze niż punkt docelowy. Nic nas nie ogranicza. To miasto jest nasze.

Miasto, które widziane z grzbietu naszego wierzchowca przestało być funkcjonalną, zorganizowaną strukturą schematów urbanistycznych, instytucji społecznych, godzin odjazdów komunikacji publicznej; stało się płynnym chaosem, bezbrzeżnym jeziorem, w którym, nabrawszy powietrza w płuca, nurkujemy głowami naprzód.

Płuca. Między moimi ramionami, pod dłońmi, klatka piersiowa mojego Kierowcy. Twardo wyprawiona skóra motocyklowej kurtki, sztywne ochraniacze na kręgosłupie i barkach, by ten asfalt, który tak gładko i chętnie nas niesie, ale który potrafi niczym narowisty koń zaatakować znienacka, nie dostał się tak łatwo do żywego, ciepłego ciała, do sieci naczynek krwionośnych pod miękką, delikatną powierzchnią ludzkiej istoty. Stoimy na światłach, czuję jak Kierowca oddycha, pod kombinezonem żebra, pod żebrami płuca i serce, ten który niesie mnie centaur jest bowiem hybrydą maszynowo-organiczną, ze stali i z mięśni, z kabelków i neuronów, i gdy auto przed nami nagle zmienia pas nie używając kierunkowskazu, to nieprzerwana ciągłość realizuje się w przepływie informacji, tej samej, tylko konwertowanej na różne nośniki, optycznie od oczu motocyklisty, elektrycznie przez jego neurony do mięśni dłoni, mechanicznie do klamki hamulca, hydraulicznie przez układ hamulcowy do klocków, które wtulając się w tarcze zmienią naszą energię kinetyczną na termiczną i po raz kolejny unikniemy wjechania w tyłek nieuważnemu kierowcy, który nie patrzył w lusterka. I po raz kolejny ta dojmująca świadomość, jak bardzo jesteśmy organiczni, białkowi, uszkadzalni, że ponad tą stalą i plastikiem, pod śliską i twardą powierzchnią ochronnych ubrań znajdują się nasze definitywnie biologiczne struktury tkanek, których ciągłość tak łatwo przerwać i to będzie dużo trudniejsze do naprawienia i bardziej czasochłonne niż połamane plastiki, wgniecione blachy, porysowany lakier, rozbite lusterka.

No pain, no gain, to jest właśnie drugi koniec tego samego kija, na motocyklu nic mnie nie odgranicza od rzeczywistości, mogę jej doświadczać całą sobą, ale też i nic mnie przed nią nie chroni. Mam świadomość, że nawet głupia stłuczka przy banalnej prędkości 40km/h zapewne nie skończy się tylko wizytą w warsztacie. Że wystarczy ułamek sekundy i możemy stąd trafić, jak wielu przed nami, w tym ludzie których znałam, na ortopedię, na wózek inwalidzki albo do drewnianego pudełka. Mam świadomość, jak wiele ryzykuję dosiadając motocykla i właśnie dlatego jazda na plecaku jest z mojej strony aktem najwyższego możliwego zaufania. Dużo większego niż to, które jest mi potrzebne, by powierzyć komuś odpowiedzialne zadania, wspólne interesy, dobra materialne, reputację, honor. Straconą pożyczkę można ponownie zarobić, sprawę w sądzie czy urzędzie skarbowym odkręcić, na niedyskrecję czy nielojalność znaleźć pocieszenie. Ale co można zrobić ze złamanym kręgosłupem?

Zaufanie. Ono jest potrzebne nie tylko by powierzyć Kierowcy swoje bezpieczeństwo, ale też i swoją wolność. By chcieć poczuć, że nic ode mnie nie zależy i to nie ja kontroluję kierunek w którym zmierzamy. Chcieć powierzyć siebie drugiemu człowiekowi. Żeby się na to otworzyć, potrzebuję pewności, że ów człowiek nie wykorzysta tego w żaden sposób, przeciwnie, że jego celem jest zatroszczenie się o mnie, że moje dobre samopoczucie jest dla niego równie ważne lub ważniejsze niż jego własne. I to jest uczucie, którego się nie da z niczym porównać. Być w rękach kogoś, kto może ze mną zrobić wszystko, ale wybiera tylko moje dobro.

And I had a feeling that I belonged
I had a feeling I could be someone, be someone, be someone

- śpiewała Tracy o poczuciu, że jest częścią czegoś większego od niej samej. Że jest we właściwym miejscu, w jej miejscu. I że może coś znaczyć. Drugim końcem kija niezależności jest samotność. Być częścią bywa większe niż bycie całością.

Kiedy się już otworzę na taką zależność, mogę doświadczyć jazdy, jakiej sama bym nie potrafiła sobie zapewnić. Prędkości większych niż te, które osiąga moja maszyna. Mniej zachowawczej walki z zagrożeniami miasta. Albo gymkhany na poziomie, do którego musiałabym trenować latami. Mogę zrobić zdjęcia, jakich nie dałoby się uchwycić w żaden inny sposób, na przykład innym motocyklistom w czasie grupowego przejazdu. Ale to nie w tym urok bycia plecakiem. Najpiękniejsze jest to, że jest Ktoś, komu mogę i chcę zaufać – aż tak bardzo.