Jak wszyscy wiemy, podróżowanie motocyklem to przyjemność w najczystszej formie. Tym bardziej, jeżeli podróżom towarzyszą piękne okolice…

Droga wojewódzka 132 Kostrzyn – Witnica. Wioski i drzewa. W lesie na uboczu skrzyżowanie z drogą 131, skręcamy więc na południe. Most na Warcie, rozlewiska i łąki. Mała, czyli moja Honda i ja w drodze, na naszej ulubionej trasie Szczecin – Wrocław. Jako że to droga jest celem, za każdym razem jedziemy jakimś innym wariantem, omijając zatłoczone główne trasy, mknąc mniej lub bardziej szerokim zygzakiem, przez wygwizdowa i cudne manowce.

W Krzeszycach wyjeżdżamy na drogę krajową 22. Po paru kilometrach, w połowie odcinka do Lemierzyc, „in the middle of nowhere”, wstęga szosy wspina się na wzgórze i w ostatniej chwili odsłania skrzyżowanie, zjazd na rozstaje dróg 134 i 138. Skręcam tam i widzę taki ładny widok: zakręty szosy, zielone chaszcze, żółty rzepak. Przestrzeń, otwarta ziemia, otwarte niebo. Zatrzymujemy się na poboczu, żeby na to popatrzeć. Wyciągam aparat mając w głowie taki fragment książki Roberta M. Pirsiga „Zen czyli sztuka oporządzania motocykla” (tłum. Tomasz Bieroń).

„Droga wznosi się nieco, silnik pracuje coraz głośniej. Jesteśmy już na górze, przed nami rozciąga się nowy krajobraz. Zjeżdżamy ku niemu, silnik znów pracuje normalnie. Preria. Cicha i spokojna.
Podczas pierwszego postoju Sylvia ma łzy w oczach od wiatru. Wyciąga ręce przed siebie i mówi:
– Jak tu pięknie! Tak pusto.
John wyjmuje aparat.
– Bardzo trudno się fotografuje taki krajobraz – mówi po chwili. – Najlepszy byłby obiektyw o kącie 360 stopni. Takie piękne widoki, a kiedy ujmiesz to w kadr – nic ciekawego.
– Dokładnie tak samo widzi się z samochodu – mówię.
– Kiedy miałam jakieś dziesięć lat – odzywa się Sylvia – zatrzymaliśmy się tak jak teraz przy drodze i wypstrykałam pół filmu. Kiedy zobaczyłam zdjęcia, rozpłakałam się. Nic tam nie było.”

Więc robię kilka fotek, ze świadomością, że nic na nich nie będzie. Zapachu wiatru zmieszanego ze spalinami, faktury kurzu pobocza, rozpiętości nieba, i tej możliwości wyboru, wyboru wolnego od jakichkolwiek nacisków czy konieczności: prawo lub lewo. Ośno-Rzepin lub Sulęcin-Torzym. Na zdjęciu nie uchwycę tej nieskończonej potencjalności owej chwili, że jestem tu, a za chwilę będę tam lub tam, gdzie zechcę, lub w tym samym miejscu, jeśli zechcę się stąd nie ruszać.

No i rzeczywiście – na fotografiach nic nie ma…

Pojechałam przez Sulęcin. Nie mam pojęcia, dlaczego.

Dwa dni później, tym razem w odwrotnym kierunku: Wrocław za nami, kierunek – Pomorze Zachodnie. Droga 292 na Bytom Odrzański i Nową Sól wije się przyjemnie. Szeroko, dobry asfalt. Słońce i wiatr towarzyszą nam od rana. Domki, zadbane małe miejscowości. W Brzegu Głogowskim ni z tego ni z owego naraz ograniczenie do 60, chwilę potem do 40, zwalniam, budynek przyklejony do pobocza, gdy go mijam i wchodzę w zakręt nagle otwiera się przed nami obłędny widok. Szeroko w dole, u naszych stóp rozłożysta dolina, srebrnie mrużą się zakola rzeki, pofalowane zbocza w patchworku trawiastych łąk, śmiejących się żółto pól rzepaku, ciemnozielonych drzew, pod błękitnym niebem na którym magrittowskie chmurki jak bita śmietana położona na szybie. W dolinie spomiędzy drzew wyrastają w niebo kwadratowe, zwieńczone szpiczasto lub barokowo wieże miasteczka. I my dwie, Mała i ja, mkniemy przez to wszystko przecudnymi łukami wijącej się w dół szosy.

Widok był tak zapierający dech w piersiach że na dole musiałam się zatrzymać. Zawróciłam, na górze próbowałam znaleźć miejsce gdzie można by tę dolinę sfotografować. Oczywiście się to nie udało, żaden kadr nie był w stanie chwycić wszystkiego naraz. Szczególnie tego uczucia przewijania się po zakrętach i migotania zmieniającej się płynnie perspektywy. Żeby go doświadczyć trzeba tam było BYĆ – właśnie tam, właśnie wtedy, właśnie w ten sposób. Zjeżdżając z góry drugi raz już tego nie czułam, bo żeby się zachłysnąć przestrzennością tej doliny potrzebne było to zaskoczenie, gdy ona się otwiera nagle po dłuższej jeździe pomiędzy drzewami i domkami obramowującymi szosę.

To naprawdę nie jest to, co tam widziałam!

Nie wszystko da się uchwycić w kadr. Poluję na ujęcia, które utrwaliłyby to, czego doświadczam, bo obrazy zapisane w pamięci są ulotne, podatne na przekłamania i nie można się nimi podzielić z innymi ludźmi. Ale i tak to co najważniejsze umyka kliszy czy matrycy. Może tak jest lepiej. Dzięki temu znów wracam na drogę by doświadczać, a nie tylko wspominać.