Człowiek, który tak kocha swój motocykl, że nie uznaje zimy i jeździ nawet w ujemnych temperaturach. Jakie niespodzianki czyhają na Moto-Morsów?

Boże, ostatni raz jeździłem sześć tygodni temu. Takiej przerwy nie miałem jeszcze ani razu odkąd jeżdżę, czyli sześć i pół roku. Desperacja zaczęła zaglądać mi w oczy. Z jednej strony zdrowy rozsądek podpowiadający właściwy profil zachowania, z drugiej strony instynkt pierwotny, zew natury, zaspokojenie elementarnych potrzeb motocyklisty… Tęskniłem za jazdą, przestrzenią, warkotem silnika, zapachem powietrza. Im czas od ostatniej jazdy dłuższy, tym zespół odstawienia silniejszy. Nieważne stają się warunki atmosferyczne- ujemne temperatury, zapowiedź śnieżycy, mokry asfalt, czy wzmożony ruch przedświąteczny. W jednej sekundzie stawia człowiek na szali poprawne relacje z małżonką i teściową, przewartościowuje cały świat, układa plan wypełnienia w czasie późniejszym wszystkich domowych obowiązków bożonarodzeniowych i… jeszcze rzut oka za okno – sucho, a miało sypać i zupełnie komfortowe dla wyposzczonego maniaka -5 st. Przecież lepszych warunków nie można sobie wymarzyć na przejażdżkę. Jeszcze tylko jakiś głupi pretekst, o sorki, pilny powód, istotna potrzeba wyciągnięcia motocykla, kiedy wszyscy domownicy zapieprzają ze szczotami, gotują, robią zakupy i stają na cycach, by wygrać z czasem i przygotować dla reszty obiboków z rodziny wigilię. Nie szkodzi, że żona patrzy jakoś z politowaniem, a dzieci za plecami pukają się w czoło. Motocyklista zaczyna realizować się grudniowo – termobielizna, 2 pary termoskarpet, długi rękaw, sweter, polar, kurtka motocyklowa… jakoś przyciasno, ku…, ale co, ja nie dam rady???

Bohater cytowanego wspomnienia, Piotrek ksywa „wielkiszu”, to człowiek który zimie mówi zdecydowane „nie”. Nigdy nie kończy sezonu. Mówi, że rzadko zdarzają mu się w jeżdżeniu przerwy miesięczne, a ta jedna sześciotygodniowa była zdecydowanym ewenementem. Co roku nakręca 12-14 tys. km, z czego na okres warunków zimowych – czyli wtedy, gdy na termometrze kilka stopni na plusie lub minusie, od listopada do marca – przypada 2-3 tys. km.

Silnik pracował miarowo. Tłoki jak metronom wyznaczały moim zatokom rytm pracy. Z każdej dziurki od nosa, czasami na przemian, a czasami jednocześnie, uwalniały się porcje kataru… Kondom na głowie w zimie ma dodatkowe zastosowanie – rewelacyjnie odbiera wilgoć. Przynajmniej na niewielkich dystansach. Człowiek nie ma dylematu czy połykać, czy wciągać.

Szu twierdzi, że współczesne konstrukcje motocykli radzą sobie z warunkami zimowymi zupełnie normalnie. Użytkowane przez przeciętnego jeźdźca działają tak samo, niezależnie czy temperatura jest lekko dodatnia, czy lekko ujemna. Izolacje elektryki spisują się w tych warunkach doskonale. BMW R 1200 GS z 2007 roku, na którym od niemal pięciu lat lata wspomnianyMoto-Mors, nie ma zimą większej tendencji do awarii. Poza akumulatorem, któremu szkodzi przestój, a nie jazda. Maszyna jest odpalana co minimum dwa tygodnie – nawet jeśli nie będzie jeżdżona – i przetrzymywana na biegu jałowym do osiągnięcia temperatury nominalnej, czyli ok. 10 minut. Nieodpalenie przez miesiąc powoduje konieczność ładowania akumulatora. GS wyposażony jest w dwucylindrowy silnik typu boxer. Ruch przeciwsobny tłoka sprawia, że pokonanie oporów tarcia o ścianki cylindra wymaga niezłej kondycji akumulatora i niewiele tu dają 4 świece (w tym 2 wspomagające).

Na termometrze rekordowe -7 st. Martwią mnie palce rąk. Marzną. Już po 10 min zaczynają boleć. Przy -7 st manetki grzeją iluzorycznie. Człowiek wie, że działają i powinien czuć ich ciepło. Więc się wczuwa. Ale wychodzi to słabo.

Krioterapia dobrze zrobiła na zatoki. Te zamarzły i sopel pod nosem przestał narastać. Całe szczęście, bo po kolejnych 10 km mógł zacząć rysować szybkę od wewnątrz.

Szu twierdzi, że zimą jeździ mu się poniekąd bezpieczniej niż latem. Jest mniej jednośladów i inni kierowcy bardziej zwracają uwagę. A i on sam prowadzi dużo ostrożniej, w większej koncentracji.

Jak jest z przyczepnością opon w takich warunkach? Szu mówi, że zimą nie zrywał jej, nie próbował wyczuwać jej granic. Nie składa się w zakręty, serpentyny przy wjeździe na ekspresówkę pokonuje z prędkością 30 km/h, bo na drogach publicznych nie będzie sprawdzał, o ile ich trakcja jest gorsza. Po 100 km jazdy opony są ledwo letnie mimo tarcia o asfalt – a latem robią się przecież gorące. Na prostych odcinkach oczywiście od czasu do czasu trzeba sprawdzić przyczepność przyhamowując z wyczuciem.

Na zachodnim pomorzu zimy rzadko bywają ostre, częściej zdarza się londyńsko-chlapowata jesień przez cały grudzień, pół stycznia i lutego. Na swoje latanie Szu wybiera momenty, kiedy jest sucho. Nie jest łatwo ze względu na krótki zimowy dzień, zanim asfalt delikatnie przeschnie robi się południe, a już o 16:00 jest ciemno. Wówczas gwałtownie obniża się temperatura, a wzrasta ryzyko spotkania zwierząt, więc lepiej wrócić na bazę przed zmrokiem.

Szu nie jeździ w warunkach ekstremalnych, po lodzie ani w śniegu, lepsze jest minus trzy przy suchej nawierzchni niż plus trzy z chlapą i ślizgawicą. Unikać jak ognia trzeba częstych w tym nadmorskim klimacie momentów przejścia przez zero, kiedy temperatura waha się od -1 do +1. Po zmrożonym białym asfalcie jeździ się całkiem przyjemnie. Im bielszy i zimniejszy tym lepszy, a sól którą na niego sypią świetnie go wysusza i można lecieć sto, sto czterdzieści na godzinę. Naprawdę daje to adrenalinę, bo koło teoretycznie może wpaść w uślizg. Dla sprawdzenia, Szu czasem zwalnia, redukuje bieg i przyspiesza gwałtownie, by sprawdzić czy koło się nie uślizguje. Bardzo niebezpieczne zimą są wymalowane na asfalcie zebry dla pieszych i linie oddzielające pasy ruchu. W zimie stosować trzeba taką samą zasadę jak latem podczas deszczu – nigdy nie odkręcać manetki, jeśli motocykl jest na linii, starać się trafiać w czarne pomiędzy kreskami. Szu mówi, że ma na to czas, bo nie jedzie szybko, nie ma dużego ruchu, można tak wykonać manewr by zredukować do minimum ryzyko poślizgu. A jeśli wyprzedza w zimie to nigdy na pełnym gazie przez linię przerywaną, bo jak nie trafi między kreski, to odpuszcza gaz, żeby motocykl przetoczył się przez linię i przyspiesza dopiero na drugim pasie. Latem przy deszczu zawsze to powoduje uślizg, a że motocykl nie ma kontroli trakcji, więc jeździec to wyczuwa.

Nasz Mors mówi że niezłym treningiem do jazdy w ekstremalnych warunkach był dzień, kiedy w wakacje, wracając z Wenecji, jechał 800 km w deszczu. W takiej sytuacji trzeba się wykazać odpornością psychiczną, skoncentrować by zredukować do minimum odbiór niepotrzebnych bodźców, dzięki czemu motocyklista doskonale wczuwa się, jak jego motocykl prowadzi się na śliskiej nawierzchni. To procentuje podczas zimowych wypadów.

Na S3 już -4,5, a dalej nawet -4 st. Może się Wam wydawać to dziwne, ale człowiek zaczyna odczuwać w tej temperaturze jakąś ulgę. O ile przy -7 myśli by się zaraz zatrzymać i ogrzać przy kawie na pierwszej stacji, to przy trzech stopniach wyżej i po 60 km mija Shella w Goleniowie i jedzie dalej. I tak do samych Międzyzdrojów.

Człowiek jest mimo wszystko istotą stałocieplną. Gdy w czasie mrozu wjeżdża na stację benzynową, to nie tylko po to by uzupełnić paliwo w maszynie, ale także by wyrównać temperaturę ciała kawą. Ale może się zdarzyć, że o ile bezproblemowo wprowadzasz czarny płyn do organizmu, to nie dasz już rady nalać wachy do baku, bo wlew zamarza. Wilgoć w nim zgromadzona podczas zmywania soli po poprzedniej jeździe zmienia się w lód pomiędzy zapadkami zamka. Jeśli jest się wówczas 100 km od domu, a benzyny zostało na 30-50 km, to może to być poważny problem. Szu mówi, że na jego wyprawach finalnie wlew zawsze odpuszczał, zanim on sam zdążył się poddać i kupić odmrażacz. Nim się to zrobi, można do zamka nakapać paliwa, które jest płynne, więc trochę rozpuści lód i nasmaruje zamek.

Problem ten dotyczy również stacyjki. Przez tę chwilę, gdy taki zimowy troglodyta łapie ciepełko przy kawie, jego stacyjka zamarza. Dało się włożyć „gwoździa” w garażu, bo tam temperatura jest lekko dodatnia. W czasie jazdy też nic się nie działo, bo stacyjkę ogrzewało ciepło będące wynikiem pracy silnika i organizmu człowieka. A po chwili przerwy przy -5st. może być problem by włożyć kluczyk z powrotem lub go przekręcić. Nieco ułatwia sprawę, jeśli kluczyk jest ciepły. Warto więc w czasie postoju trzymać go w jakimś ciepłym miejscu, panie na przykład w staniku, a gdzie panowie, pozostawiamy to już szerokiej wyobraźni motocyklistów.

Należy pamiętać także o znacznie większej kruchości tworzyw sztucznych. Wszystkie plastykowe zaczepy, zapadki pracujące pod naprężeniem (np. trzymadełko nawigacji), przy najmniejszym użyciu siły pękają jak kruchy lód. To, co latem poddaje się w ramach pewnego algorytmu działania, obliczonego przez błyskotliwych inżynierów, zimą może się już nie sprawdzić.

Motocykl myłem już karcherem w śnieżnej zadymce, a efektem tego była gustowna panierka z lodu na moim GS-ie. Potem nie mogłem go wepchnąć go garażu, bo mi się buty ślizgały. Musiałem położyć dechę, żeby się zaprzeć. W garażu nie za bardzo chciał odtajać, ale to nie był mój największy problem… Chciało mi się sikać. Miałbym co, ale nie mam czym.

Za to czekało na mnie w garażu wystawione wcześniej chłodne piwko.

Z zimowych doświadczeń Szu wynika, że paradoksalnie więcej niespodzianek czeka w garażu niż na trasie. A gdy człowiek zakłada trzy pary skarpet, dwa zestawy termoaktywnej bielizny, trzy koszulki, dwie bluzy, sweter i kurtkę motocyklową, ubieranie się trwa pół godziny i nawet przy kilku stopniach mrozu już po chwili jest się zgrzanym. No i teraz, jeśli motocykl nie chce odpalić, to żeby to ogarnąć trzeba się rozebrać, bo nie da się nic zrobić będąc w takiej zbroi.

Szu podchodzi pieczołowicie do czynności higienizacyjnych i myje swoją maszynę po każdym lataniu. Zimą jest to szczególnie istotne ze względu na konieczność zmycia soli, która powoduje korozję felg aluminiowych i wszystkich śrub. Ale trzeba to robić mniej obficie niż latem i chronić zamki, bo wilgotność powietrza w garażu i brak przewiewu powoduje, że wilgoć nie odparuje w sposób naturalny. No i lepiej nie pucować maszyny w ujemnej temperaturze. Opisany powyżej przypadek wydarzył się, bo w trakcie mycia temperatura spadła z lekko dodatniej do minus dwóch stopni i na motocyklu zrobiły się sople.

Piotrek „wielkiszu” jest na co dzień poważnym, szanowanym obywatelem, małżonkiem, ojcem dwójki dzieci, ciesząc się zaufaniem pacjentów prowadzi praktykę lekarską, wybierany przez współobywateli reprezentuje ich we władzach lokalnych swego miasta. Jego uzależnienie od dwóch kółek jest tak silne, że nie przestaje jeździć przez cały rok – zimą co prawda nie w trasy, ale na przejażdżki, tak po sto, dwieście, do 300 km. Twierdzi, że szybciej zniósłby prohibicję i wstrzemięźliwość seksualną, niż brak motocykla.

A Wy? Jak zapatrujecie się na zimową jazdę motocyklem?