Generalnie, kiedy człowiek jedzie motocyklem to odruchowo rozgląda się za innymi maszynami. Po drodze spotyka się różnych motocyklistów – niektórzy są nieźle odjechani.

W Nevadzie natknęliśmy się na taką trójkę – babka i dwóch gości. Cały czas jechali w maskach. Tak się do tego przyzwyczaili, że kobieta nie ściągała maski nawet jak schodziła z motocykla. Jechali w kaskach, ale zamaskowane twarze powodowały, że wyglądali bardzo egzotycznie. Nie była to jednak egzotyka ekstremalna. Ta kategoria jest zarezerwowana dla kolesia, którego spotkaliśmy koło Phoenix w Arizonie. Tankowaliśmy na stacji benzynowej, aż tu nagle podjeżdża gość motocyklem z przyczepką. Później, okazało się, że to jakaś stara Honda 1500. Tak stara, że na stacji oprócz paliwa musiał również uzupełniać olej. Generalnie zarówno motocykl jak i gość wyglądali jakby żywcem wyciągnięto ich z „Mad Maxa”. Na dziobie przyczepki zamontowane było śmigło, które podczas jazdy kręciło się i ładowało mu tam jakiś akumulator. Do kierownicy przyczepione były linki w taki sposób, że przy ich pomocy można nią było sterować. Maszyna miała wygodne oparcie i wyglądało na to, że kiedy koleś jechał to wyciągał się wygodnie i korygował jazdę tymi, dziwnymi lejcami. W przyczepce spał biały pies, a obok niego leżała gitara w futerale. Rejestracja była z Alaski co świadczyło o tym, że aby dojechać do Phoenix facet musiał pokonać niezłą trasę. Zresztą gość też wyglądał ciekawie. Wzrost – spokojnie ponad 1,90 m – brodaty i odziany w czarne skóry. Jego kask kształtem nawiązywał do tego, co na głowie nosili motocykliści Wermachtu. Okazało się, że człowiek zafundował sobie swój, prywatny „Przystanek Alaska” tyle, że poza Alaską. Jeździł po prostu od miasta do miasta i grał na gitarze. To był jego sposób na życie. Wystarczyło mu, że graniem zarobił na coś do jedzenia i benzynę do motocykla.

W ogóle moja podróż na dwóch kołach przez Stany pozwoliła mi je zobaczyć z zupełnie innej strony. Kiedy mieszkałem tam wcześniej walczyłem naturalnie w różnych miejscach, ale wyjazd na walkę ma swoją, określoną rutynę. Przylatujesz na kilka dni przed starciem i generalnie przygotowujesz się siedząc w hotelu, koncentrując się i odpoczywając. Na drugi dzień po walce wyjeżdżasz. Oprócz zwiedzenia paru nowych restauracji nie masz możliwości niczego więcej zobaczyć. Natomiast, kiedy jedziesz motocyklem i wybierasz sobie drogę tak, żeby nie jechać wyłącznie autostradami nagle oglądasz ten kraj od środka. Często zatrzymywaliśmy się na dłużej. Było tak, kiedy natknęliśmy się na jakieś fajne miejsce, fajnych ludzi lub fajną atmosferę. Ogólnie, największe wrażenie na mnie sprawiła otwartość napotkanych Amerykanów. Bez względu na to w jakiej części Stanów jesteś nigdzie nie spotykasz się z wrogością tylko z ciekawością. To zresztą też jest kwestia motocykli, które wyzwalają w ludziach specyficzne uczucia. Kojarzą się w wolnością, a to z kolei ułatwia znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. Jeżeli będziecie mieli możliwość krótkiego wypadu do Stanów na tydzień lub dwa to polecam Kalifornię. Jest bardzo zróżnicowana, a ponadto posiada jedną z najpiękniejszych dróg na świecie – US Pacific 1. Kiedy jedzie się na południe po jednej stronie są góry, a po drugiej ocean. No i najważniejsze… jest ciepło.

Mielibyście ochotę na taki wypad po Stanach ? Jaką trasę wybralibyście na swoją wyprawę, które miejsca chcielibyście zobaczyć ?