Tutaj dowiesz się jak z ziemniaka zrobić kondensator i czy to prawda, że butelki po Coli nadają się do przechowywania benzyny.

Skrzyżowanie czterech dróg pod potężnymi drzewami. Dobrze powyżej dwudziestu stopni ciepła. Pełne słońce. Świeży poranek. W którąkolwiek stronę nie spojrzeć, perspektywa znika w niewiarygodnych zakrętach. Dookoła góry Santa Cruz. Tylko tutaj, nad Pacyfikiem, jesteś w stanie w pełni zrozumieć trójwymiarowość zakrętu. Leśne odludzie jest bujne i widoki z szosy trafiają się rzadko. Szkoda. Ale kiedy się trafią, jest na co popatrzeć. Taki bonus przed złożeniem się w kolejny zakręt.

Klimat w okolicach baru na wyrost nazwanego restauracją buduje łomot silników i rozgadany tłum motocyklistów. To jedno z tych miejsc, gdzie przy frytkach i hamburgerze odnajdziecie wytatuowaną bestię, tuż obok świeżo ogolonego lalusia w nieskazitelnie czystej kurtce. Pierwszy, zszedł z urządzenia z wydechem dostrojonym na zrzut szyszek. Drugi, dzięki technikom oddechowym właśnie poprawił rekord trasy o dwie setne sekundy. Bestia płoszy zwierzynę w okolicznych lasach i powoduje wypadanie fuzji z rąk gajowych. Laluś sprawia, że sierść na grzbietach zwierzyny staje trwale dęba. To samo dotyczy owłosienia łydek oraz brwi gajowych. I laluś i bestia wyglądają na zadowolonych.

Na parkingu przed knajpą widzę właściciela pojazdu wartego dwie wioski z chłopami, trzodą i czynnym browarem. Tłumaczy, na czym polega idea motocyklizmu komuś na krzywej dwukółce, nabytej okazyjnie za beret i siatkę cebuli. Jeden nie rozumie drugiego, ale to im zupełnie nie przeszkadza. Wymieniają uwagi pochyleni nad swoimi sprzętami. Obaj odnoszą się do siebie entuzjastycznie.

Rozglądam się za bramą i Świętym Piotrem. Zamiast niego widzę biały skórzany kombinezon z człowiekiem w środku. Kombinezon jest w ciągłej pozycji ataku na zakręt. Nie może się nadziwić komuś, kto rowerową pompką pracuje nad kołem drogiego motocykla. Tło stanowi wniebowzięty Ducatista w tonacji pasty do zębów, cały w trzy kolory. Opowiada świeżo poznanej smukłej panience o tym, jak się nawrócił piętnaście minut temu na pewnym zakręcie. Dziewczyna przy zielonej dwieście-pięćdziesiątce, najwyraźniej w temacie, udziela mu kilku zwięzłych rad. Tłumacząc tajemnice zakrętu pomaga sobie balansując ciałem. Przy okazji zauważa, że gumy w motocyklu słuchacza domagają się zwiększenia ciśnienia. Zrobiła na nim duże wrażenie. Łatwo to poznać po wytrzeszczu oczu wyrażającym uwielbienie. Ciśnienie wzrosło mu na pewno. Kawałek dalej praktyczny biker w pełnym słońcu demonstruje wciąganie jednorazowej silikonowej rękawiczki na prawicę uzbrojoną w skórę obitą kevlarem. Zapewnia przy tym swoich kumpli, że to najskuteczniejsza i najtańsza ochrona przed deszczem. Towarzystwo kiwa głowami i cmoka ze zrozumieniem. W tej chwili pod bar podjeżdża grupa motocyklistek, głównie na nakedach. Podkręcają obroty i gaszą piece. Zdejmują kaski. Po chwili wszystko widać jak na dłoni. Nie przepadają za facetami, za to bardzo lubią się wzajemnie. Facetom to nie przeszkadza. I tak lubią patrzeć…

Z boku, przy stolikach pod parasolami siedzą gapie i sączą napoje. Upajają się widokiem. Przyjechali napatrzeć się na motocyklistów. Jeszcze mają ze sobą dziewczyny, dzieci i teściowe. Ale to ostatnie podrygi sielanki. Wielu z nich nakręca się na pierwsze motocykle. Sądząc po intensywności spojrzeń, nakręcają się bardzo skutecznie. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim unosi się zapach grilowanych steków i świeżej kawy, świergot jakichś ptaków i wszechobecny dźwięk motocykli odkręcanych bliżej i dalej.

Zaczęło się ponad sto lat temu od sklepu z ogólnym asortymentem dla drwali łupiących w okolicznych lasach co popadnie. Buda nazywała się Cztery Winkle i opychano w niej ogólnie wszystko, od gwoździ po landrynki. W latach piećdziesiątych ktoś wpadł na cudowny pomysł, żeby przerobić sklep na knajpę. Oprócz landrynek można było tu znaleźć lub wymienić żonę. Wpadały też dziewczyny z mniej trwałymi intencjami…

Społeczeństwo się mechanizowało. W okolicach pojawili się turyści. Człowiek w przelocie to szansa dla gastronomii na odludziu. Wiadomo. Dziesięć lat później biznes odkupiła niejaka Alice Taylor. W przypływie natchnienia Alice wymyśliła, że ochrzci budę swoim imieniem. W końcu każdy ma swoje momenty. W latach siedemdziesiątych odsprzedała knajpę kolejnym właścicielom. Nikt nie wie dlaczego. Ale zanim to nastąpiło, w 1967 folkowy śpiewak Arlo Guthrie napisał piosenkę pod tytułem „Alice’s Restaurant”. Wątła fabuła ballady zaczyna się właśnie w tej knajpie. Autor pieśni przez 18 minut wykłada w przegadanych metaforach swoje poglądy na temat jeżdżenia Volkswagenem busem. Dzieli się oprócz tego opiniami na temat zaśmiecania środowiska i wykłada bezsens wojny Wietnamie. Odpowienio długo trwa według niego przerwa na jednej ze słynnych taśm Nixona. Raczej nie pasjonuję się przerwami na taśmach. Dałem jednak szansę smętnej balladzie, ale wymiękłem po odliczeniu dziesiątej owieczki. Widocznie nie znam się na muzyce, bo Arlo z powodzeniem odśpiewał piosenkę na festiwalu Woodstock w 1969. Jak przystało na uczestnika igrzysk pod tytułem 3 Days of Peace& Music, Arlo wystąpił w przewiewnych ciuszkach z włoskami na podobieństwo zderzenia żagla z budyniem. Podbił serca widowni. Nie wiem tylko czy dzięki fryzurze, czy może raczej wyniku oddziaływania ukrytego czaru ballady. Może w tekście jest jakiś przekaz podprogowy? Mniejsza z tym. I tak nie tę piosenkę mają ludzie na myśli, kiedy tu przyjadą. Sponiewierany na zakrętach człowiek schodzi z bike’a z nieodpartą ochotą na ucałowanie ziemi, siada przy ławie z mocną kawą i gapiąc się na szyld z nazwą knajpy i las w tle – zadaje sobie tylko jedno pytanie: Who the fuck is Alice? Była właścicielka bynajmniej nie miała cienia związku z kultowym kawałkiem Smokie z 1976, ale idę o zakład, że z tym właśnie tekstem skojarzy się to miejsce każdemu kto tu przybedzie. Z tym i z UFO, które niewątpliwie ląduje tu po północy.

Alice’s znajdziecie na zielonych wzgórzach oddzielających palony słońcem beton Silicon Valley od chłodnego wybrzeża Pacyfiku. Ludzie przyjeżdżaja tu często wprost zza biurek, żeby odpocząć po oddzielaniu wody od wina w miasteczkach Google’a,  Apple’a,  HP,  Yahoo,  eBaya, Intelu i Facebooka. Dołączają do nich inni, zatrudnieni w pozostałych firmach rozsianych pomiędzy San Jose i San Francisco. Ale docierają tu też ludzie z dalszych zakątków, z Santa Rosa, Berkeley, z winnic Napy i Sonomy, z wypalonego słońcem Sacramento, gdzie jak wiadomo za biurkiem siedzi Terminator.

Z czasem przy Alice’s stanęła mikroskopijna stacja benzynowa. Jej właściciel robi większy interes na sprzedawaniu koszulek z nazwą knajpy niż na benzynie. Nie zdziwiłbym się gdyby to była atrapa, ale o dziwo z pompy leje się żywe paliwo. Poza tym po drugiej stronie skrzyżowania jest mały sklep spożywczy. Lubią przy nim stawać właściciele sportowych maszyn. To ci, którzy niekoniecznie reflektują na hamburgera z wytatuowanym piratem w tle. Przyjeżdżają, żeby spotkać kumpli przed dalszą trasą, albo żeby się zwyczajnie nagadać. Byłem tu wiele razy i nigdy nie było tak, żebym nie miał z kim zamienić słowa.

Knajpa różni się zdecydowanie od typowych miejskich barów dla „bikerów”. Tu się przyjeżdża powinklować, albo staje w drodze nad Pacyfik, gdzie wzdłuż klifu ciągnie się słynny Highway 1. Alice’s jest dla wielu celem samym w sobie. Liczy się atmosfera tego miejsca i możliwość poznania ludzi. Najwięcej motocykli zobaczyć tu można w weekendy. Zdarza się, że w okolicach knajpy staje kilkaset najróżniejszych urządzeń. Od samych kolorów kręci się w głowie. Do tego trzeba dodać boskie wycie roznoszące się po puszczy. Nic nie zastąpi wchodzenia na obroty o poranku.

W okolicach Zatoki San Francisco mieszka siedem i pół miliona ludzi. Odbywa się tu masa imprez motocyklowych. Z dyscyplin znajdziemy tu chyba wszystko oprócz speedwayu na lodzie. W pobliskim San Mateo odbywają się międzynarodowe targi motocyklowe. Działa tu ponad 130 klubów i zrzeszeń.  Tutaj narodziły się znane na całym świecie fora advrider.com i pashnit.com. Tu powstały firmy Mission Motor Company i Zero Motorcycles. Niedaleko stąd jest Laguna Seca, Infineon, kilka popularnych torów motocrossowych i obiektów flat track. Okolice uświetnia Kenny Roberts i Wayne Rainey. Obaj zamieszkali w hacjendach pod Monterey. Oprócz tego jest coś jeszcze. Klimat.  Da się go opisać jednym słowem – wymarzony. Lato trwa tu od ośmiu do dziewięciu miesięcy. Zimny jak lód Pacyfik sprawia, że w pobliżu wybrzeża nigdy nie jest upalnie. Od maja do września nie spada tu kropla deszczu. Zimy w tych okolicach praktycznie nie ma. Zamiast niej jest pora deszczowa, która przypomina naszą jesień i trwa mniej więcej trzy miesiące. Temperatura nawet w najchłodniejsze dni nie spada poniżej 5 stopni. Za to w ciepłe, nazwijmy to jesienne dni grudnia i stycznia potrafi tu być 15, czasem nawet 20 stopni ciepła. Fakty na temat pogody mówią same za siebie. Kiedy mieszkałem w San Francisco, jeździłem motocyklem przez okrągły rok. Moją Suzuki zostawiałem w garażu na dwa, trzy tygodnie, kiedy lało wiadrami. W Alice’s byłem wiele razy. Zastanawiam się czy z czasem w Polsce dorobimy się podobnego miejsca?